You are currently browsing the archives for the Podróże category


Mielno 2011

Miesiąc

Miesiąc czasu minął od wyjazdu do Mielna. Trzeba przyznać, że ten wyjazd należał do najlepszych w życiu, wszystko co miało tam miejsce przechodziło moje pojęcie każdego kolejnego dnia – przekraczaliśmy granice zabawy, absurdu, wytrzymałości i wiele innych. Dawno już nie pokonałem siebie tyle razy, dawno nie śmiałem się tak jak tam i z całą pewnością dawno nie byłem tak szczęśliwy.

Do tego doszły jeszcze studia we Wrocławiu – udało mi się dostać, od października będę tam jeszcze częściej.

Najtrudniejsze są zawsze powroty do rzeczywistości, po miesięcznym praniu mózgu dochodzę do siebie pomalutku, sukcesywnie. Aktualnie mam ciężki zjazd, połączony z masą rozkmin i analizowania sytuacji. Tak mocno skupiłem się na realizacji swoich celów, że nie obrałem kolejnych po ich osiągnięciu – jestem na etapie podejmowania decyzji, ustalania planu i decydowania o priorytecie marzeń. Straszliwie zakochałem się w życiu, ta miłość pogłębia się coraz bardziej i nieustannie powoduje eksplozje euforii i dewastacji szarych komórek. Naprzemiennie.

W kwestii Mielna – ciężko jest mi wymienić wszystko to co się tam działo. Pobudki Patryka, przyśpiewki z Tomem, ogniska, grille, sucharowe żarty, pływanie rano w morzu, plażowanie, kopanie największej dziury plastikowymi łopatkami, pokręcone odpały z Łukaszem, wlewy, imprezy, szpinak na plaży po nocach, rozkminy, dyskusje, lęki, wysiłek, nawet posiłki stołówkowe i podkradanie szamy były opór zabawne, na zajawce. Nagrywanie filmów (właśnie przygotowuję kompilację), muzyka, codzienne wypady na lody, adrenalina w lunaparku, śniadania na molo, kac, energia, nauka do egzaminu, filmy, kobiety… a przede wszystkim Capoeira. Treningi, rozgrzewki, rozruchy, bieganie, masa pompek, brzuszków, gier, rodas, akrobacji, bólu, kontuzji i mocy. Codziennie coś. Przywiozłem ze sobą (głównie dzięki Pani Mamie z Koszalina) jakieś 60gb nagranych i sfotografowanych materiałów. Już tęsknię za całą ekipą, już chciałbym kolejny wyjazd, cały czas chce mi się trenować.

Czekam na wywołanie filmów z laboratorium, potem trochę poskanuję i sukcesywnie będę publikować zdjęcia które skleiłem analogiem. Zdjęcia który były moją prywatną wojną o radość fotografowania, satysfakcję z pobytu i czystą magię pasji.

Idzie czas, żeby skupić się na rozwoju w fotografii i pociśnięciu tematu Wrocławia, TwentyRockers i naszych planów z nimi związanych. Aktualnie jest cisza przed burzą, jestem pewien że wkrótce masa rzeczy wywróci się do góry nogami. Ale będziemy na to gotowi.

Kto da radę, jak nie my?

Katowice 2011

Mam chwilkę żeby napisać coś o Kato, gdzie wybrałem się w ostatni weekend, na ceremonię Batizado e Troca De Corda.

Ten wyjazd był naprawdę niesamowicie ważny, niejednokrotnie o nim wspominałem i przygotowywałem się do niego bardzo długo, przez kilka ostatnich miesięcy jeszcze intensywniej. Wróciłem bez balastu w głowie który się nagromadził, za to ze świeżymi przemyśleniami i zapowiedzią mocnej pracy. Cieszę się jak dziecko :)
Do Katowic pojechałem podnieść swoje kwalifikacje w Capoeira, przejść egzamin na kolejny stopień i zmienić sznur, z ciemnozielonego na żółty, co w Polsce wiąże się z przejściem z grupy średnio-zaawansowanej do zaawansowanej. Długo udawało mi się zachować spokój, ale już od samego rana w dniu wyjazdu stres pomału zaczął się wdzierać.

Z Poznania wyruszyliśmy we trójkę – Martynka, Kornel i ja. Miałem zaległe rzeczy do zdania u Cachorro przed podejściem do właściwej ceremonii na miejscu, więc podróż zleciała nam na przypominaniu sobie quadras, analizowaniu poprzednich edycji tego eventu i przypominaniu całego sezonu warsztatowego. Katowice to takie podsumowanie, miejsce i czas w którym zjeżdża się większość Polskich sekcji, tam też zdajemy na kolejne stopnie (pomijając część początkujących uczniów, którzy w tym roku egzaminowani byli na lokalnych eventach). To też największe warsztaty, gościmy wtedy cały tabun Brazylijczyków. We Wrocławiu byliśmy ustawieni z Cachorro i jego uczniami. Wypiłem całą butlę dopalacza energetycznego z biedronki, więc trochę mnie nosiło.. sama podróż była naprawdę mega zajebista. Uraczyliśmy współpodróżników bezprzedziałowego wagonu koncertem na berimbau połączonym ze śpiewaniem piosenek – wszyscy się maksymalnie cieszyliśmy i nawzajem nakręcaliśmy na te Katowice. W samym pociągu zaczęło się moje zdawanie – zrobiłem kilka pętelek do struny, zdałem portugalskie słówka i podzieliłem się z Patrykiem wiedzą i rozkminami na temat prowadzenia zajęć, sekcji, relacji na płaszczyźnie instruktor – uczniowie.

Cała ta szpadziornia to trochę jak spotkanie rodzinne. Oczywiście w pierwszej kolejności trafiliśmy na Bialczan, część z nich przyjechała popatrzeć, część przyjechała zdawać. Reprezentanci ASC Poznań Team zrobili małą naradę wojenną, trochę się nawzajem uspokajaliśmy, trochę motywowaliśmy. Wszystko to w szkole, przy której znajduje się Katowicka Akademia, tam też odbywała się pierwsza część rejestracji warsztatowej. Żeby było śmieszniej, w Kato odbywały się zawody małolatów w kosza, dokładnie na tej sali przy akademii gdzie nocowaliśmy rok wcześniej, mecz grała reprezentacja Białej Podlaskiej. Doping gwarantowany, małoletnie koszykareczki zgłupiały. Całe przedstawienie było najśmieszniejsze ze względu na trenerów – dwóch czerwonych buraków, drących japy i przełykających przekleństwa. Przekomiczne :D Część warsztatowo – treningowa odbywała się na sali AWF Katowice. Mniejsze to niż Spodek, mniejsze niż sala w Krk na której kiedyś odbywało się Batizado, ale i ludzi w tym roku było znacznie mniej (przez lokalne imprezy o których wspomniałem), więc można powiedzieć, że było akurat. Powitania, przybijanie piątek, w powietrzu wisiała fajna atmosfera – te 3 dni w roku są nieporównywalne do żadnych innych. Może jakichś świąt… albo matury. Pierwszy trening grupa Verde Escuro i Verde Claro miała na salce do akrobatyki. Nam trening poprowadził p. Dinozauro – przyznaję się bez bicia, że się specjalnie do niego nie przykładałem. Po pierwsze zaczął zżerać mnie stres, po drugie chciałem zaobserwować jaki poziom reprezentuje grupa zdająca na ten sam stopień co ja, a po trzecie ze względu na kolano nie chciałem szaleć.. a trzeba przyznać że taka salka do akrobatyki to, kurwa, niebezpieczna jest, bo człowiek się zapomina. Patryk wyraźnie powiedział: uważaj-na-kolano. No a salta na ścieżce raczej temu nie sprzyjają :D Poza tym do bialskiej salki akrobatycznej na AWF ta się nie umywała.

Po treningu musieliśmy przetransportować się do noclegowni, poczekaliśmy na wiecznie spóźnionego Patola, wypad poprowadził Caramuru. Pojebaliśmy trochę trasę z mapki, poszliśmy nieźle pokręconą drogą, ale i tak dotarliśmy tam nie jako ostatni, mimo że jako ostatni wystartowaliśmy. Komizm całej sytuacji jest nie do opisania, cały czas w głowie brzęczał mi Caramuru: „Kurde, większości ulic którymi idziemy nie ma na tej mapie, a oni wszyscy idą za nami”. Do spania wynajęte było prywatne gimnazjum na drugim końcu miasta, bez pryszniców. Ale to nic, bo te były na AWF, gorzej z miejscem – mało się wycwaniliśmy, zostały nam miejscówki tylko na korytarzu, sale były już pozajmowane. Pierwszego wieczora pooglądaliśmy sobie filmiki z powitalnej roda (na której też się jakoś specjalnie nie nagrałem, ciśnienie, ciśnienie), skoczyliśmy do żabki po kolację, postaliśmy w kolejce 40min, po powrocie urwałem się wcześniej spać, rozentuzjazmowany Wrocław mi trochę na to nie pozwolił, ale twardo próbowałem.

Ceremonia zaczynała się planowo o 11, mieliśmy godzinny poślizg. Między 11 a 12 byłem jeszcze egzaminowany przez Cachorro z akrobacji, gry na berimbau, podstaw bjj, jogo de amarela. Zdążyłem też przypomnieć sobie sekwencje z Pirulitem – tutaj wielkie dzięki dla Ciebie stary, mega się cieszę, że przyszło mi zdawać akurat z Tobą! Ogólnie przez cały ten wyjazd padło kilka ważnych dla mnie słów, myślę, że równie ważnych co wtedy, kiedy miałem kontuzję. I to właśnie te słowa, tych kilka zdań nakręca mnie na trenowanie jeszcze bardziej, podbudowuje, daje energię i pozwala w końcu uwierzyć w siebie, zacisnąć zęby i jechać z trenowaniem dalej. Pierwsze padły po egzaminowaniu przez Cachorro. Wziął mnie na bok i powiedział, że zarąbiście cieszy się, że cisnę tak jak cisnąłem przed kontuzją, że nonstop trenuję, że się przygotowałem i że ma wśród swoich uczniów kogoś takiego jak ja. Po tych słowach byłem w stanie rozkurwić kosmos i skopać dupy wszystkim Brazylijczykom. Na raz. Całe ciśnienie i stres przed egzaminowaniem opadły, wiedziałem – Patryk jeszcze przed wejściem na salę AWF grupowo zrobił nam drobny wykład o formie zdawania i o tym, że nie jesteśmy tam bez powodu i bezpodstawnie – że jeżeli on uznał, że zasługuję, to znaczy że jestem gotowy. I zrobię wszystko żeby pokazać się z jak najlepszej strony, bo to mój czas.

Całość wystartowała o 12:00, niestety zabrakło dla mnie eventowej koszulki (nie rozpaczam), przedstawieniem w wykonaniu P. Amendoima i M. Zambi, w przerwach bateria pod komendą P. Tamarindo dawała popis gry na berimbau i nakręcania axe. Biała (jak zwykle) i Wrocław (idąc za przykładem Białej) zrobiły naprawdę kurewsko ognisty doping dla każdego ucznia, który podchodził do egzaminu. Co więcej Patryk w towarzystwie swoich zaawansowanych uczniów, tych młodszych podsuwał najlepszym Brazylijczykom, z M. Zambi na czele – wielkie gratulacje dla Was wszystkich, bo naprawdę trzymaliście mocny poziom :) Kiedy przyszła kolej na żółtków, wskoczyliśmy na pierwszy ogień. Najpierw 8 sekwencji Mestre Bimby w kilku parach (wepchaliśmy się z Pirulem na sam środek), potem, pierwszy raz od jakichś 5 lat, przyszła pora na granie rytmów na berimbau. 6 osób miało zagrać, te 6 osób wybrać miał dzieciak wskazany przez Adama – zrobiłem wielkie oczy, kilka głupich min i wstałem do berimbau jako pierwszy. Po wszystkim duża roda, 3 pary w środku – kilka gier z zaawansowanymi, ostatni przewiązuje sznur. W chwili gdy zrobił się mały przestój, wskoczyłem do środka i podałem rękę P. Secao. Co się działo dalej, widać poniżej:

Zagrałem z P. Secao, M. Benivaldo, Est. Maximo, P. Amendoimem i P. Dinozauro – kocham Białą i Wrocław za doping, kocham Patola za „NIE DAJ MU SIĘ”. Jest moc. Po mnie zdawał Pirulito, gdzieś w innych parach dziewczyny. Tutaj padły drugie tego dnia słowa, które zapamiętam na bardzo długo – Caracol podszedł do mnie, podał mi rękę i powiedział „w końcu, zasłużyłeś stary”. Myślę, że od nikogo innego słowa uznania nie ucieszyłyby mnie tak bardzo, niż od kogoś kogo szanuję tak bardzo jak Pio. Po żółtkach przyszła pora na graduados – Caramuru i Sarigue zrobili cudnie całą sekwencję Cintura Desprezada, po nich jeszcze Gaivota i Petla. Forma zdawania była podobna, 3 pary i jogo. No i znowu rządziliśmy, uczniowie Patryka pokazali klasę po raz kolejny! Później przyszła kolej na Formados – doping trwał nadal, ale tutaj nasilił się prawie do apogeum, gdy grał Caracol. Jogo de Iuna, później gra między sobą i gra z proffesores – kurwa mać, Piotrek, rozjebałeś system. To jaką prezentowałeś technikę i spokój, to że udało Ci się opanować nerwy, to jak zagrałeś zniszczyło mnie totalnie. Nie raz już to mówiłem i będę powtarzał to dalej, w moim mniemaniu jesteś jednym z najlepszych znanych mi Capoeiristas w tym kraju. Myślę też, że nie tylko dla mnie, bo cała Polska usłyszała ryk i naszą radość w momencie, kiedy Zambi przywiązywał Ci sznur.

Prawdziwe jaja zaczęły się, gdy wywołano pretendentów do Estagiario – między innymi Cachorro. Darliśmy się jak pojebani gdy go wywołali, darliśmy się jeszcze bardziej gdy przewiązywano mu sznur (zastanawia mnie jedynie fakt, dlaczego im k. sznurów zabrakło, to nie jest wyższa matematyka) + doszedł wykonany przez Białą zajebisty baner „Unicar Biała Podlaska <3 Cachorro”, darliśmy się jak grał, śpiewaliśmy i klaskaliśmy najgłośniej ze wszystkich. Nie było w tym nic dziwnego, a jeżeli ktoś uznał to za nieodpowiednie to CH. MU W DUPĘ – nasze pokłady wdzięczności, szacunku i podziwu do tego jak żyjesz Capoeira, jaką robisz Capoeira i co nam dajesz przez Capoeira były, są i będą niewyczerpane. Zasłużyłeś na ten sznur! Co więcej mogę się teraz lansować faktem, iż mój przyjaciel jest Estagiario ;D I myślę, że wiesz, że cieszę się tak samo mocno jak Ty z tego sznura, bo tu nie tylko o Capoeira chodzi brat.

Niesamowicie podobała mi się forma zdawania Vivido na kolejnego Estagiario – musiał zagrać z pięcioma osobami, które wywarły wpływ na jego trenowanie, które coś symbolizują w jego Capoeira. Dobór osób, dobór piosenek które zaśpiewał, samo jogo – było naprawdę perfekcyjne, godne podziwu. Kolejny stopień dostali też P. Dinozauro i P. Amendoim – z czego ten drugi, tak mocno związany z Wrocławiem i Białą, dostał doping równie mocny co Cachorro. Całość trwała od 12 do 17, później jeszcze odbył się trening akrobatyczny z Tamarindo. Po wszystkim zawinęliśmy się pod prysznice i do noclegowni.. i tam zaczęły się jaja :)

Tę część wpisu chciałbym zadedykować oficjalnie Tomkowi Walasowi a.k.a Fofao a.k.a Wkurwiający Zgred a.k.a Pan Lepiec, oraz stwierdzić, że to kurwa niesprawiedliwe, że nie będzie mógł pojawić się na obozie, ale za to nadrobimy we Wrześniu we Wrocławiu. No dobra. Nie ma co ukrywać, wszyscy się cieszyliśmy, mieliśmy zajawkę, chcieliśmy świętować ten zajebiście ważny dzień. Najpierw zamknięty sklep, potem kolacja w KFC.. nie zaczęło się dobrze. Ale za to chaos który zapanował w gimnazjum po powrocie, jest nie do sprecyzowania. Nie byłem pijany, a czuję się jakbym trafił do jakiegoś pierdolonego kalejdoskopu. Głupie żarty na zmianę z poważnymi rozmowami, wypady na stację, narąbany Kornel, impreza która okazała się niewypałem.. to drobny wierzchołek góry lodowej. Najbardziej mistrzowska była jednak akcja „Lepiec”, którą uskuteczniliśmy wraz ze Skofem i Tomkiem, moim zdaniem okazała się po raz kolejny przekroczeniem granic dobrego smaku i pojęcia „popierdolenie” w naszym wykonaniu. Przykład? Korzystam z toalety, stoję nad kibelkiem, drzwi się otwierają (Walas zhackował zamek monetą), jakby to ująć – nie miałem wolnej ręki, wpada do środka, strzela mi soczystego liścia, cieszy japę, drąc się przy tym: IN YOUR FAAAAACE. Nie byłem dłużny. Skof też nie. Kurwa, to było tak samo chore jak i zajebiste chłopaki, serio.

Rano wlota do sklepu, szybkie śniadanko, spacer na AWF, trening z Dinozauro (muszę przyznać, że całkiem niezły), roda pożegnalna. Ależ się nagrałem, serio, mega wypas! Dużo gier, dużo ludzi, różne akcje, punktowanie dodatnie i ujemne. Zajebista gra z Caramuru, Touro, Armagedonem. Fofao dorobił mi ponteirą drugi łokieć :) Po wszystkim zawinęliśmy kabety, podziękowałem Mestre, który jak się okazało i co bardzo mnie ucieszyło, pamięta mnie jeszcze z Mostów, przybiliśmy piony, z niektórymi zobaczymy się dopiero po wakacjach, z niektórymi na obozie w Mielnie, już za kilka dni. Jedna rzecz mnie bardzo zmartwiła, to co się stało z Oktawią i kretyn który zrobił jej krzywdę podczas grania. Ale zapamiętaliśmy kto to i będziemy pamiętać tak długo, jak trzeba będzie. Podczas ogarniania do wyjścia, po raz trzeci padły słowa, które mnie mocno podbudowały, za które chcę podziękować Fofao – po wszystkim, kiedy się żegnaliśmy, powiedział że trzymam poziom, jest konkret i to naprawdę dobrze, że nie boję się ostro grać. On też, w moim prywatnym rankingu, jest bardzo wysoko i trzyma mocny poziom. Dobra technika połączona z zajebistymi predyspozycjami – stary podczas tej naszej gry musiałem tak samo uważać kiedy byłeś daleko, jak i kiedy się zbliżałeś, masz morderczą pracę dystansem. Tą ponteirę zbiłem naprawdę w ostatnim momencie, po naszej grze musiałem wziąć kilka głębokich oddechów. W odniesieniu do tego co powiedział mi Cachorro, Caracol i Fofao, pozwolę sobie zacytować Patryka, w jednym z mejli które od niego dostałem i do których cały czas wracam – „nie chodzi mi o to zebys podniosl sie na duchu, zadarl wysoko glowe i byl dumny. jesli tak zrobisz, zlamiesz wszystko (…) w tym momencie powinienes przyjac to, pochylic glowe, zacisnac zeby i jechac z tematem”.

Pociąg do Poznania, razem z Wro, pożegnania, ustawki, wspomnienia.
Odstawiliśmy Martynkę rano na pociąg, z Warszawy do Frankfurtu i dalej do Brazylii, roczna wymiana. Będę mocno tęsknić, jedyna wartościowa rzecz jaką mogłem jej zostawić to trochę napisanych słów. Aktualizuj systematycznie bloga! Byłem też na ostatnim w tym sezonie dla mnie, treningu z Poznaniakami. Mega konkret, mega moc, mega wypas, mega się cieszę, że dałem radę. Dziękuję Wam bardzo ze to co dla mnie zrobiliście, za to że mogłem z Wami trenować. Postaram się wpaść na chwile chociaż do Darłówka w sierpniu, w nowym sezonie trenujemy dalej, z nową mocą! Dzisiaj w nocy jadę do Białej zobaczyć się z rodzicami. W niedzielę jedziemy do Mielna. Na miesiąc. W międzyczasie czeka mnie egzamin we Wrocławiu. Szalona jazda bez trzymanki nonstop!

Nieco się boję, ale nie mogę się też doczekać.
To był naprawdę cudowny sezon.

Gdynia

Jeszcze dwie odnalezione i doskanowane klatki z Gdyni, FP5 z Kieva. Leży pod biurkiem w pokrowcu, a ja zagryzam zęby i czekam na lepsze czasy. To samo z mju. Lepsze czasy będą we wrześniu, mam nadzieję.

Poza tym zapraszam serdecznie na stronę www.renowacja.poznan.pl – tata Dziama zajmuje się przywracaniem dawnej świetności antykom i starym meblom. Polecam mocno, po pierwsze dlatego, że to naprawdę zajebiste rzeczy które robią mega wielkie wrażenie, a po drugie dlatego, że większość zdjęć jest mojego autorstwa.
Dzisiaj niosę negatywy do skanowania.

Looptroop Rockers + Brazyliada

Trzeba realizować plany. Moim planem na dzisiaj była wizyta w banku, efektywny dzień w pracy i przede wszystkim możliwie obszerne i dokładne ogarnięcie materiału z wyjazdów. Dlatego mimo przeokrutnego zmęczenia postanowiłem skleić parę słów odnośnie Wrocławia i Rzeszowa – bo właśnie na tym relacja z ostatniego szaleńczego tygodnia zawisła.

Do Poznania dojechałem gładziutko – śpiąc. Wcześniej pozwoliłem sobie przesłuchać Czystą Brudną Prawdę – Sokoła i Marysi Starosty – i muszę przyznać, że ta płyta jest dla mnie pretendentem do masakry roku. Genialna sprawa na rozkminę. W Poznaniu przespałem się kilka godzin, przepakowałem na warsztaty i ruszyłem do Wrocławia. Tam Roda – w moim mniemaniu bardzo udana i (jak dla mnie) kompletna – poczułem, że zaczynam ogarniać każdy z jej aspektów, to naprawdę miłe uczucie rozwijać się na kilku płaszczyznach :) Aż chce się więcej!

Koncert Looptroop Rockers to życiówka. Dawno temu, kiedy byłem szczylem który dopiero zaczynał słuchać rapu i wkręcał się w tę kulturę, to właśnie LTR nastawiał mnie na coś naprawdę ambitnego. Kolejne marzenie spełnione – widziałem i słyszałem na żywo Promoe. Samo wydarzenie, było tak na dobrą sprawę konkretnie przygotowanym przedstawieniem: zagrali straszne oldskule przy których cała sala darła się w niebogłosy, aż po nowe smaczki i kilka zapowiedzi nadchodzącego materiału. Jest jeden fenomen tej imprezy, który był dla mnie strasznie ważny – zauważyłem tam naprawdę niewiele przypadkowych osób. W znacznej większości to byli starsi oldskulowcy, którzy pojawili się nie z tytułu fejmu albo modnej zajawki, a przez szacunek do jednej z najważniejszych ekip na Starym Kontynencie. Genialna sprawa. Dodam jeszcze, że gdy Promoe popłynął z These Walls Don’t Lie, Patryk darł się najgłośniej, skakał najwyżej i był chyba najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi ;)

Po wszystkim opierdzieliśmy kebaba, okazało się że afterparty nie ma (co było dla nas kompletnie niezrozumiałe – ludzie momentalnie rozeszli się po TAKIM koncercie), wpadliśmy do Toma po rzeczy, zapuściliśmy chamskie ploteczki, zawinęliśmy (w pierdolonym deszczu) na nocy autobus. W domu zmęczenie dało o sobie znać: Patryk zaczął słodzić wodę z kranu landrynkami, a ja zasnąłem z głową na stole. O 5 rano, czyli jakieś dwie godzinki po powrocie, podjechaliśmy leniwie taryfą na pkp, władowaliśmy się w pociąg do Rzeszowa. We dwóch. Oczywiście spanie nie mogło trwać długo, zaraz dosiadły się trajkotki z PKP, ja przespałem się po tym jak dosiedli się w Katowicach do nas Izka i Majkel. Stację Rzeszów Główny też prawie przespaliśmy :)

Jaja zaczynają się tak naprawdę w tym momencie. Nie byłbym sobą, gdybym nie sprowadził jakiegoś pierdolonego fatum – bankomat przy sklepie, z którego chciałem skorzystać po wyjściu z pociągu, strzelił na mnie focha. Z moją kartą w środku. Pani z linii awaryjnej była bardzo miła, poinformowała mnie o potrzebie wydania nowej karty i podaniu do odzyskania środków które mi prawdopodobnie ściągnęło, ale nie wydało. Jakbym kurwa tego nie wiedział. Ja tu liczyłem na jakąś magiczna kombinację klawiszy która wypluje mój plastik.. Gdyby nie Patryk, to wsiadłbym w pociąg powrotny tego samego dnia.

Rzeszowska Akademia zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Okrutnie klimatyczne miejsce w centrum miasta, otoczone starymi kamienicami, świetnie zaprojektowane i pomalowane – poza tym było dużo ludzi, grill, słońce i znajome mordy :) Batizado na jedną parę, z brazylijczykami, długie, konkretne. Potem jeszcze kilka gier na które warto było popatrzeć – ciekawe jest to, że na eventach często dochodzi do rozładowania emocji które zbierają się w ludziach w trakcie sezonu. Pod kątem analizowania gry, zaistniałych niuansów w rytuale i samego podejścia ludzi do siebie nawzajem, ten wyjazd nie miał sobie równych. Nie mogę pochwalić Roda przed akademią na kamieniach i piachu, ale miała swój klimat. Osobą która najbardziej się przyczyniła do pozytywności tych warsztatów był Skot – mordo masz u mnie solidny dług wdzięczności. Przygarnął mnie, Psa i Atomówkę do siebie, ogarniał nas, pilnował, oprowadzał, załatwiał transport (pozdrosy dla Taty Skota i Magdy), chodził na zakupy, szykował śniadania (pozdrosy dla Mamy Skota) – zostaliśmy przyjęci jak rodzina, chociaż domyślam się że wywołało to niezłą zamotkę. Było prześwietnie, mimo że NiewiemocochodziCrew odpuściło koncert, a skupiło się na delikatnych fristajlach na sobotniej najebce :) Wybraliśmy się w piątek na piwo, jak dla mnie Adam wygrał ten wieczór – najpierw swoją postawą w Irish Pubie a potem nieśmiertelnymi historiami z rękawa w Undergroundzie :) Następnego dnia trening z Secao, który trochę mnie przestraszył – kolano daje o sobie znać, zmęczony staw boli, powinienem odwiedzić ortopedę kontrolnie. Pokaz w centrum handlowym możecie zobaczyć niżej:

Trening maculele i afrodance jakoś mnie nie urzekł. Sama Roda na rynku (poza kilkoma zajebistymi akcjami, jak np. grą Cieszka z Secao), deszczyk – też nie. Wieczorna impreza w Miencie – po stokroć tak! Tuse miał wernisaż swoich prac w nowo powstałym lokalu Mienta w Rzeszowie (sam klub jak dla mnie był opór designerski i klimatyczny, przy jednoczesnym minimalizmie – każdemu kto tam będzie, polecam się wybrać), poza tym zagrał tak rozkurwiającego dramowo-brejkbitowo-dabstepowego seta, że to się nie dzieje. Tego się nie da opowiedzieć, nawet na imprezach Sicka się tak świetnie nie bawiłem. Swoi ludzie, genialna muzyka, litry wylanego potu (dosłownie mogliśmy wykręcać koszulki) i zimne piwo. Impreza była naprawdę na bogato :)

Następnego dnia w wyniku niesprzyjających okoliczności i złośliwości wszystkich budzików w domu, dotarliśmy w połowie ostatniej Roda. I tutaj (znów, podobnie jak w Krośnie) w przeciwieństwie do pozostałych, grało mi się naprawdę dobrze, lekko i konkretnie. Powrót mieliśmy zaplanowany większą ekipą, ale niestety to ja telepałem się najdłużej. Do Krk jechał z nami Chocolate z Krakuskami, z którym konkretnie się rozgadaliśmy dzięki Atomówce robiącej za translator (chociaż mój łamany portugalski też pomału zaczyna coraz szybciej raczkować, z czego bardzo się cieszę), do Kato towarzyszyła nam Izka, Majkel i Armagedon, a do Leszna dzielnie wspierała mnie jeszcze Okta. Wróciłem do domu jakoś w okolicach 4 rano, przespałem się 4 godziny i rano pobiegłem do banku załatwiać nową kartę. Oj działo się ;)

Teraz Katowice i już za miesiąc Mielno! Zapowiada się znowu, naprawdę gruby okres ;)

[DanceWithMe] Open Air 2011

Jestem już w Białej, po DWM. Zbieram się do kupy po wczorajszym wieczorze, sprzątam mieszkanie, pakuję na Poznań.

www.dancewithme.pl

Cały czas na głowie mam nowe rzeczy do ogarnięcia, mój multitasking jeszcze daje radę analizować wszystko na bieżąco, aczkolwiek wszystko narasta i zaczyna mnie trochę martwić. Dzisiaj jest jeden z tych dni, kiedy jestem zmęczony i zauważam większość negatywnych aspektów tego całego funkcjonowania i podróżowania, wszystko jest strasznie chaotyczne.

Wracając do tematu DWM. Po raz kolejny wielkie brawo dla całej ekipy która poświęciła ogrom czasu, pieniędzy i energii na zorganizowanie tej imprezy. Oprawa była na zajebiście wysokim poziomie, tyczy się to również całego line up’u. Zalatana banda zapaleńców jeszcze teraz sprząta po całej imprezie, wklejka ze studenckimi Juwenaliami pozwoliła pokonać największą bolączkę wszystkich poprzednich edycji DWM – brak ludzi. W szczytowym momencie cały teren imprezy był zapełniony, okazało się, że studenci jeszcze chcą się bawić.

Niemniej jednak nie można zapomnieć o problemach które wynikły w trakcie organizacji i samego przebiegu, będące efektem politycznych przepychanek osób, które sprawują w Białej władze. DanceWithMe było organizowane wielokrotnie, stanowi największą tego typu imprezę we wschodniej Polsce, poza tym od wielu lat Wojtek, Rafał, Kacper – a przed przeprowadzką również Patryk, Ja i cała ekipa cojestmiasto – podtrzymują promocję kultury, zajawek, nakręcania do działania wymierającej przed ekranami komputerów młodzieży. Mimo wszystkich koncertów, akcji, imprez, wystaw i pokazów które przez te długie lata miały miejsce, władze miasta dalej niechętnie współpracują, przez co momentami dochodzi do takiej farsy jak wczoraj – kiedy o północy pojawiła się policja, próbująca zamknąć imprezę. Konsekwencji związanych z kontraktami DJ’s, dobrym imieniem i renomą organizatorów, perspektywami na przyszłe imprezy – nie chce mi się tłumaczyć. Paranoja. Najsmutniejsze jest to, że dzisiaj, kiedy ma zagrać Kukiz i Piersi, nikt tych problemów robił nie będzie.

Mimo wszystko impreza była naprawdę na bogato, cieszę się, że miałem okazję przyjechać i pobiegać trochę z aparatem. Z drugiej strony trochę przykro mi, że przez tę zamotę nie mogłem zrealizować planu który z Wojtkiem przygotowaliśmy. Ale mimo to [DanceWithMe] Open Air: 2011 uważam za udane, zobaczyłem kilka dawno nie widzianych osób :)

Pakuję się do Poznania, jutro przepakowuję na miejscu do Wrocławia (koncert Looptroop Rockers! ta ekipa miała zajebiście duży wpływ na rozwój mojej muzycznej estetyki, ciągle kojarzy mi się z wakacjami), a w piątek jedziemy do Rzeszowa na Brazyliadę. Jestem już trochę zmęczony i zły, bez kasy, z drugiej strony okrutnie się cieszę z tych podróży.. Jak zawitam do domu na dłużej, możecie spodziewać się solidnego reportażu z DWM i tych wyjazdów :)

Brak mi pewności siebie.

30-05-2011 // Jestem już w Poznaniu, niżej odpady fotograficzne które mi się podobają, ale nie pasują do fotorelacji którą można obejrzeć klikając w tutaj.

Mamy naprawdę zajebiste życie, stary.

W piątek o 10:30 zadzwonił do mnie Patryk, z informacją, że o 11:30 mam być na pkp, załadować dupę w pociąg do Koszalina, gdzie prowadził warsztaty. Byłem wtedy w biurze, bez żadnego bagażu i nie miałem bladego pojęcia o jakichkolwiek warsztatach w Koszalinie. Wybiegłem z biura, zadzwoniłem po drodze w dwa miejsca: do Bartka – poinformować go, że wracam w poniedziałek, i do Mikołaja – z prośbą żeby spakował mi ciuchy i podrzucił na PKP. Zdążyłem, cudem-fartem, pojechaliśmy.

Z tego miejsca muszę przeprosić wszystkich którzy mieli jakieś plany związane ze mna na weekend, ale jednym z argumentów było przygotowywanie do egzaminu. Słońce prażyło, Koszalińska sekcja przyjęła nas jak rodzinę, było naprawdę zajebiście i będzie co wspominać :D Nie mam specjalnie czasu żeby się rozpisywać, więc doskrobię resztę po powrocie z treningu dziś.. Tymczasem zdjęcia, każde ma naprawdę niezłą historię ;)

Dzisiaj w nocy jadę do Białej. W środę do Poznania, we czwartek do Wrocławia, w piątek do Rzeszowa. W ciągu jednego tygodnia, uda mi się przejechać Polskę wzdłuż i wszerz.

Warszawka

Było na co popatrzeć w Warszawie na Batizado i po, było gdzie mieszkać i była akademia po powrocie. Byli też ludzie, za którymi (jak zwykle) tęsknię. Wielkie dzięki dla współtowarzyszy! Jak dobrze pójdzie, widzimy się w Rzeszowie.

Bardzo przyjemna ta „Sztuka Życia”, gładko się czyta, można pomyśleć. Waglewski się ślicznie uśmiecha z okładki, historia o pani Basi Hoff jest. Dużo ciekawych rzeczy, rozkładówka godna, jak na razie tylko jeden artykuł sobie odpuściłem, jakoś za nudny był. Sceptyczne podejście minęło się z rzeczywistością.

Zapraszam też 24 maja 2011 na kolejną edycję [DanceWithMe] Open Air – największego festiwalu muzyki elektronicznej po wschodniej stronie Polski. Maczam tam palce od początku, podobnie jak Turnedog. Ładne www, można sobie zobaczyć o tutaj: www.dancewithme.pl, trzeba przyznać że Patryk się postarał i zrobił miodną oprawę imprezy. Będzie Klein, Sonya. Angelo Mike, Fusion F i kilku innych.

Nie mam czasu specjalnie żeby coś naskrobać więcej, może wieczorem. Natenczas zdjęcia, jak się sprężę to jeszcze youtube. Od dzisiaj trenujemy z zaawansowanymi 20-21:30, jaram się! Jeszcze jedno. W warszawie grasuje morderca gołębi, 6 martwych. A po pkp chodzą ludzie z jedną nogą, wystarczy kliknąć KOLAŻ i zrobi się większy, tam na dole.
<

Majóweczka

Długi weekend mamy za sobą, każdy przechodził go na swój indywidualny sposób i co więcej, chyba większość moich znajomych była z niego naprawdę zarąbiście zadowolona.. muszę przyznać, że ja też :)

Po ciężkich negocjacjach i niesamowicie trudnej batalii emocjonalnej A. postanowiła mnie odwiedzić :) Z czego jestem przeokrutnie szczęśliwy, sto lat tak nie odpocząłem.. Do tej pory moja poduszka pachnie jej perfumami, a ja zdążyłem się okrutnie stęsknić. Co więcej podpisuję się czterema rękoma pod stwierdzeniem, że widok ukochanej dziewczyny w twojej koszulce to najseksowniejsza rzecz na świecie. Zawalczymy dzielnie :)

W poniedziałek popołudniu pozwoliłem sobie na mały trening w akademii, chciałem sprawdzić jak wygląda kwestia mojego przygotowania do egzaminu pod kątem akrobacji.. no i nie jest najlepiej. Ale mam Caramura, coś ogarniemy, kolanka pobolewają. Oba niestety.. będąc w temacie Capoeira, wczoraj mieliśmy naprawdę ciekawy trening i roda, ostatnio gra mi się lepiej niż zazwyczaj, luźniej i bardziej technicznie. Torpedo na koniec bardzo mocno podkreślał fakt równości capoeiristas w roda, kumulowania energii w środku, wagę muzyki i angażowania się w cały rytuał Roda de Capoeira.. było nas naprawdę niewiele, a energia po raz kolejny prawie rozniosła akademię :) No i pękła mi 4 raz struna w berimbau w ciągu ostatnich dwóch miesięcy..

Poniedziałkową noc i przygody z flagami pozwolę sobie ominąć. Dość powiedzieć że chyba zmniejszyła mi się tolerancja na alkohol, wtorek jeszcze niekoniecznie otrzeźwiały pocisnąłem na pkp. Roda we Wrocławiu, na dobrą sprawę miałem nie jechać, ale czego się nie robi pod wpływem. Chwili. Wsiadłem do pociągu w samej bluzie. Ciepłej, miękkiej bluzie. Wyobraźcie sobie moje zaskoczenie kiedy obudziłem się przed Wrocławiem i zobaczyłem za oknem śnieżną zamieć. 3 maja.

Roda we Wro też na pełnym wypasie, intensywnie, mocno, dobra energia – to ciekawe, nad 6h jazdy w dwie strony przełożyłem 1,5h treningu i czułem się z tym świetnie :) Wroclove! Wieczorem naleśnikarnia na Ruskiej, Lima z nami pojechała do Poznania, po to żeby wrócić po kolacji do Wrocławia ;D Bardzo intensywnych kilka dni.. W środę wieczorem wlotka do klubu z Mare.

Dziś piątello, firmowy grill, jutro w planach jest Gubin – jednak wizja kilkugodzinnej podróży autobusem mocno mnie zniechęca. No i fundusze.. to z kolei gruby problem. Nakręciłem się strasznie na dwa turnusy obozu w lipcu, jednak wiąże się to z kosmicznymi wydatkami.. poza tym czerwcowe egzaminy, warsztaty w maju.. już i tak z dosyć dużej ilości eventów musiałem zrezygnować, stąd moja zwiększona gotowość do pracy. Jeżeli pojawią się jakieś sensowne zlecenia, to walcie śmiało. Biorę wszystko, wiem, że warto ;D

W niedzielę zdjęcia. Ważne, istotne, zajawkowe i po raz kolejny – inne. Trzymam mocno kciuki za ich przebieg, mam świetną ekipę do pracy, więc z całą pewnością damy radę ;)

In tacz.

Sunday afternoon

Ojeeej. Chciałem tutaj opisać wyjazd do Białej, świąteczny. Obiecywałem sobie, że będę też słabe rzeczy opisywał. No i nie mogę ukryć, że ten wyjazd, a w sumie sama jego końcówka była masakryczna.

Odzyskałem część siebie, odpocząłem trochę, dużo czytałem, dużo rozmawiałem z rodzicami i siostrą, poznałem Pawła, wypiłem drinka z Tatą, poznałem mojego siostrzeńca. Grałem capoeira, mniej niż bym chciał, ale z dużą dozą refleksji, wywołaną rozmową z Patrykiem. Stary, ja bez Ciebie chyba bym zwariował w tym świecie – cenne rady, bardzo cenne. Jak uzyskać równowagę w proporcjach, jak będzie kiedyś. Capoeira balança mas não cai – i nie chodzi tutaj o samo jogo, bardziej o myślenie. Trzeba grać, w szczególności wtedy, kiedy nie jest łatwo. W szczególności wtedy, kiedy się boisz.. a ja Białej i akademii boję się panicznie. Siebie, przeszłości, emocji.. paranoik.

Niedziela i poniedziałek należały do hardkorów, noc w szczególności – ale trzeba zachować opanowanie. Amendoim ekspresyjnie wyraził się o roda, noszę teraz tę ekspresję na łańcuszku, na sercu. Powrót do Poznania, praca, ustawione zdjęcia (nie mogę się ich doczekać), tęsknota za A, trening – Dziambol częściej musisz wpadać do akademii, dzisiejszy trening był świetny!

Ciężko jest czasami, nikt nie mówił że będzie łatwo.. ale o to właśnie chodzi :) O to żeby nie było łatwo. Dzisiaj skrótowo, symbolami, zwrotami.. zaraz zasnę. Ale będę pamiętać. Muszę pamiętać, dlatego noszę spokój na łańcuszku :)

Axe! Aparat z funkcją jutube daje radę :)