You are currently browsing the archives for the Podróże category


Wroclove: The Movie

Capomielno postawiło wysoko poprzeczkę :) Kilka zarwanych wieczorów, standardowa dawka irytacji, masywna zajawa. Efekt powyżej!

Zupe

Wrocław jak zwykle rozorał mi głowę. Good people, good times!

3miesiące


Trzy miesiące z życia.
Jest dobrze.

Wal się kuciem.



Czymkolwiek albo kimkolwiek jest kucio.

Przjaciół ma się od tego, żeby bili po pysku i patrzyli czy równo puchnie kiedy trzeba. Całe szczęście mam brata, który złapał mnie za ryj i postawił na nogi, kazał napierać dalej i przypomniał, że przysięgałem nigdy się nie poddawać. W szczególności wtedy, kiedy miałem ochotę tylko leżeć i wegetować. No i pojechałem znowu do Wrocławia.

Robiliśmy zdjęcia staników na bazarze, gadaliśmy po portugalsku, angielsku i polsku, zostaliśmy posądzeni o stalking, o żebractwo, o tani podryw, zrobiliśmy sobie 13godzinną pieszą pielgrzymkę po Wrocławiu, gadaliśmy z ludźmi z każdej grupy społecznej i w każdym wieku, braliśmy udział w spocie reklamowym, w pokręconej sesji fotograficznej, wywiadzie o młodzieży, trafialiśmy na znajomych znajomych. Wszystko jest udokumentowane, więc kliknij fotę z koszulką poniżej i sprawdzaj naszego grupowego fejsa – codziennie 3 świeże foty.

Ostatnio dużo tych przekmin. Część zapisuję, część zapominam, najwięcej dopada mnie w podróży.
Od dawna czytam i oglądam zdjęcia, które ingerują intensywnie w prywatność. Niezależnie od tego czy są sterylne, wyrafinowane jak przemoc w białych rękawiczkach której śladu nie widać, czy brudne, naturalistyczne i morderczo bezpośrednie. Nie ważne czy to zdjęcia Misiornego, Dąbrowskiego, Cowlinga (projekt 1095 – masakra), Zajączkowskiej czy panny Bajorek – moje życie, moje foty, mój syf. I ode mnie zależy czy wpuszczę do tego świata ludzi. Tak czy inaczej, zacząłem zastanawiać się na jak głęboki ekshibicjonizm emocjonalny i fotograficzny jestem w stanie sobie pozwolić, skoro i tak prowadzenie bloga stanowi taki ekshibicjonizm samo w sobie. Pewne dlatego, tak dużo mnie w tym wpisie.

Pisanie stanowi krótki, niedokładny komentarz do zdjęć. Zamiast skupienia na czytaniu tekstu wolałbym skupienie na czytaniu zdjęć, bo o tyle o ile tekst jest prosty w odbiorze i łatwy do zinterpretowania, to jednak w zdjęciach jest dużo więcej treści i mocy. Snapshoty to trochę nauka umiejętnego operowania tym słowem, wypowiadania się i zapisywania wspomnień (w moim wypadku) za pomocą obrazów. Miło będzie mi kiedyś usiąść do tych zdjęć i wytłumaczyć. Opowiedzieć. Idealne byłoby tworzenie obrazów, które bronią się bez tekstu i komentarza, same z siebie emanując emocjonalnym ładunkiem. Chyba właśnie w tym kierunku chciałbym skupiać swój rozwój.

Zastanawiałem się też ostatnio, jak zajebistym projektem byłoby przywiezienie choćby jednego dobrego zdjęcia z każdej podróży pociągiem. Nigdzie nie spotkałem tak pokręconych, charakterystycznych i specyficznych ludzi, jak w pociągach. Jedyne czego mi zabrakło, to odwagi.

Nu. W weekend robię foty na weselu.
Mama już jest po operacji, więc zahaczę też o Białą coby się zobaczyć z nią.
Wszystko się kręci.

Kolejne Wroclove

Kolejny weekend we Wroclove. Masakryczne rycie bani z Patolem.
Zanim wywołam negatywy z mju, to jeszcze kilka klatek z pana Z.

Energia Wroclove // Pierwsze Urodziny Sekcji

Byłem we Wrocławiu.
Świętowaliśmy.

Mielno // Strzelewo

Wiejski Festiwal Kultur // Partyhard

Zajechaliśmy na miejsce o 7:30 rano, zjedliśmy śniadanie na Goleniowskim rynku, potem czekaliśmy na przyjazd chłopaków z Koszalina. Kiedy Ci się pojawili, próbowaliśmy dodzwonić się do organizatora imprezy, jak się okazało „wybrany numer nie istnieje” – powiedział nam później, że jeden telefon wyrzucił. No bo po co mu dwa.

Przespaliśmy się na ławkach przed pkp godzinkę, przyjechali po nas Marek i Ania z Krzyku. Po zamotanej i pokręconej podróży okolicznymi wioskami, dotarliśmy na miejsce, do Ośrodka Poszukiwań Twórczych – klimat tego miejsca był nie do wyjebania: stodoła z siedzeniami teatralnymi i sceną, chlew zaadaptowany na kuchnię gospodarczą, jadalnię bankietową i pokoje mieszkalne (tam spaliśmy). Do wioski kilka kilometrów lasem i piachem. Obok oczko wodne w którym bez problemu można było się kąpać, króliki w klatkach i ognisko z zajebiście wielkim rusztem.. Wieś pełną gębą – Romaszki się przypomniały. Jestem pewien, że w Strzelewie moi rodzice zakochaliby się momentalnie.

Generalnie cały wyjazd sprowadził się do naprzemiennego spania, jedzenia (mieliśmy go tyle, ile daliśmy radę zjeść – pełne domowe obiady + w dniu imprezy pieczony dzik) i trenowania. Z Patolem i Koszalinem pograliśmy i pośpiewaliśmy trochę, podczas samego festiwalu pracowaliśmy z dzieciakami. Huczna roda kończąca. Zimne dranie. Zostaliśmy dzień dłużej, bo Krzyk grał „Eksplorację”. Jak zwykle totalna masakra. Nie mogę doczekać się ich we Wrocławiu – na tryliard procent pozamiatają energią.

Specjalny akapit poświęcę naszemu powrotowi. Obudziliśmy się w Sobotę przed południem, wciągnęliśmy śniadanko i czekaliśmy na transport. Koniec końców, okazało się, że jedziemy do Stargardu Szczecińskiego z Hałasami – małżeństwem prowadzącym warsztaty wokalne. Moje marzenie podróży busem z nietypowymi ludźmi innej epoki zostało spełnione: wielki czerwony bus ze słonecznikiem na masce, w środku elementy sceny, cała garderoba, rozwieszone zioła i etniczna muzyka starosłowiańska. Tego nie da się opisać. W pociągu mega wygodnie i mega pusto, poza emerytem który spytał mnie, gdzie na ryby jeździmy. Berimbau niosłem, powiedziałem, że to łuk. Potem emeryt zaczął kaszleć jakby zadławił się czymś nieproporcjonalnym do pojemności gardła, a myśmy popłakali się ze śmiechu. Fucking Unbelievable.

Wróciłem, ogarnąłem się i zadzwonił Maniek. Jest jakaś impreza u koleżanki, domóweczka. Wybrać się wypadałoby, posiedzieć chwilkę i pogadać, bo się dawno nie widzieliśmy. Poza tym, przywiózł Holendra. No to jadę.

Pogadaliśmy, wjechał szpinak, JB. Beton. Potem jedziemy na posiadówę, mamy podwózkę do ronda rataje. Tam się okazało, że to impreza urodzinowa, więc szybko do biedry po prezent. Potem się zgubiliśmy. Nie ogarnęliśmy trasy totalnie, pojebaliśmy skrzyżowania, solenizantka olała imprezę i przyszła po nas pieszo. Jejku jej, beton najsłodszy. Przez chwilę bałem się szydery towarzystwa. Do czasu, aż dotarliśmy na miejsce.

Towarzystwo braci Uniwersytetu Ekonomicznego, w składzie mężnych analityków gospodarczo-finansowych, czerstwych żartów sytuacyjnych, zajadające sałatki przygotowane przez Gospodynię. Wjechał Pacman, Maniek opierdolił pół miski sałatki, ja się przyssałem do talarków, sącząc w międzyczasie browar. Szpinak był mocny. Jaraliśmy się totalnie czerstwymi tekstami: „Dużą masz wadę wzorku? Dużą to masz głowę”. Rozjebał mnie ziomeczek, który wyglądał na 17 lat, miał 150cm wzrostu i spojrzenie szczurka, łaskawie poinformował nas, że jest z Warszawy i chodził do najbardziej dresiarskiego liceum na dzielnicy. Tam, jeżeli nie znałeś przynajmniej 5 typów, byłeś nikim. Potem spytał mnie ile mam piw, bo dwa zakrawają na grubszy hardkor. Wytrzymaliśmy do 22. Właściwie to do momentu dykusji o franku szwajcarskim. Myślę, że wiem, w którym momencie zaciera się granica między dzieciństwem i dojrzałością.. pomijając okrutną szyderę z całej tej sytuacji, dała mi masakrycznie dużo do myślenia.
Nigdy więcej. Maniek – następnym razem ja ogarniam imprezę.

Siedząc późnym popołudniem w teatralnej stodole, gdzie Krzyk ogarniał się przed występem, zaczęliśmy z Patrykiem dyskusję, którą prowadzimy już od kilku lat, dokładając do niej nowe wnioski. Chodzi o sens i sposób naszego funkcjonowania. Tego, co cały czas się przewija.
Po Mielnie obydwaj obiecywaliśmy sobie, że odpoczniemy, że zluzujemy z wyjazdami, że naładujemy baterie. Jak się okazuje, skutecznie odbieramy sobie sami taką możliwość, na rzecz rozwoju, braku stagnacji. Cały czas w biegu, cały czas w rozjazdach, cały czas na patencie. Kiedy obserwowałem wczorajsze towarzystwo, przysłuchiwałem się dyskusji dotyczącej finansów, gospodarki i tego jak odłożyć pieniądze, żeby pojechać na narty za granicę, poczułem się strasznie przytłoczony rzeczywistością. Z jednej strony, nasze dyskusje o fotografii, projektowaniu i kreatywności, zajawkach czy sztuce, niektórzy mogą odbierać podobnie. Z drugiej jednak strony, to przytłaczająca pogoń za hajsem, powielanie błędów i priorytetów zgorzkniałych ludzi sukcesu, brak pasji a jedynie chłodna kalkulacja – to są rzeczy które różnią nas, od innych. W ich opinii wciąż jesteśmy niedojrzałymi dziećmi, w naszej oni są przedwcześnie zestarzałymi zgredami. Czy fakt, że śpię na karimacie i podróżuję rozklekotanym busem w towarzystwie szalonych artystów, zamiast spania w ciepłym hotelowym łóżku i podróżowania samolotami, taryfami, czyni moje podróże gorszymi? To pytanie retoryczne. Chciałbym podróżować i fotografować – to kwestia czasu. Chciałbym trenować w Brazylii – to kwestia czasu. Chciałbym wyjść na prostą i wydać książkę – to kwestia czasu. Moje marzenia, plany, przyszłość – wszystko jest kwestią czasu, nic nie skreślam i z niczego nie rezygnuję. To czy osiągnę to dzięki ciężkiej pracy, czy będzie mi wygodnie, czy może będę wściekły albo zmęczony nieustanną pogonią za rozwojem, to sprawy drugorzędne. Podobnie jak to, kiedy to osiągnę.

Cały sens wpisu sprowadza się do małego apelu: kolekcjonujcie wrażenia, wspomnienia, doświadczenia. Kolekcjonujcie emocje i nie pozwalajcie im zatrzeć się w pamięci. I nie zestarzejcie się zbyt wcześnie. Nie musi być łatwo, żeby było dobrze.

Mam problemy, ludzie znajdują na mojej głowie białe włosy, przeprowadzam się, brakuje mi kasy, zaczynam po raz kolejny studia, wciąż jestem singlem i nie mam nikogo poza Bratem. Ale mimo to, w ostatecznym rozrachunku jestem szczęśliwy, to problemy które przewijają się od dawna i będą przewijać się zawsze. Bez względu na nie, mam siłę żeby pracować, trenować i fotografować. Tych rzeczy nikt nie może mi odebrać i to one są źródłem energii, za którą nas podziwiacie. Może teraz nie jest zajebiście łatwo, albo miło, ale staram się.

Zawsze wychodzimy na prostą.

Za tydzień przeprowadzka i Wrocław. Potem dużo pracy, trochę zdjęć i Październik.

Strzelewo, Strzałowo. Whatever.

2:35 wsiadam w pociąg do Goleniowa, stamtąd ciśniemy jakimś podstarzałym autopkiem do Strzelewa, na Wiejski Festiwal Kultur, prowadzić łorkszop z Capoeira. Jadę z Bratem, na miejscu mamy dopaść chłopaków z Koszalina. Będzie ekipa Krzyku, czyli będzie masa pozytywnej energii.

Fotolove ostatnio masakrycznie. Doszedłem do wniosku, że we wszystkich wyjazdach ubiegłego sezonu, najbardziej żałuję tego, że nie miałem ze sobą aparatu. Fotografia mnie zmienia, tak samo jak Capoeira. Rozwój i analizowanie obu tych dziedzin, powoduje mutację mojego charakteru, coraz bardziej klarowne postrzeganie. Chyba dorastam.

Przedstawiam te zajawki w superlatywach, opisuję je tylko w pogodny i optymistyczny sposób, czasami wspominam o upadkach (lub też najczęściej, bo demotywacja jest podstawowym źródłem inspiracji do pisania). Zacząłem się jednak zastanawiać, w którym momencie się uzupełniają i pozwalają zachować równowagę. W Capoeira jest bardzo dużo niuansów, zasad, szacunku, oszustwa, polowania, fizycznego i faktycznego niebezpieczeństwa bólu, kontuzji, urazu. Jest dużo niedopowiedzeń, dużo zapamiętanych sytuacji.. gra przecież nie zaczyna się i nie kończy w Roda. W Capoeira nigdy nie ufa się do końca. Fotografia to kwintesencja samotności, co więcej świadome fotografowanie uwrażliwia na specyficzne rzeczy, postrzeganie świata przez ten pryzmat jest niebezpieczne. Widać wszystko, bród, strach, egoizm, obłudę i fałsz również. Obie te dziedziny są bardzo ostrymi i niebezpiecznymi narzędziami przeciwko człowieczeństwu, ludziom, samemu sobie.. dlatego najbardziej się cieszę z równoległego ich funkcjonowania. Wtedy się uzupełniają, nawzajem eliminują swoje złe fragmenty, pozwalając skupiać się na tych pozytywnych.

Taki wniosek nasunął mi się, po obserwacji mojego samopoczucia i przeanalizowaniu problemów z którymi się borykam odkąd fotografuję / gram Capoeira. Za każdym razem kiedy coś przejmowało kontrolę, lub coś zaczynało znikać, inne myśli i inne problemy krystalizowały się w rzeczywistości. To takie trochę utrzymywanie równowagi, wewnętrznego spokoju i przyjmowanie konkretnej postawy, zależnie od celu. Capoeira balança mas não cai.

Kupiłem tego cholernego mju-II.

Pada.

Wyjeżdżałem z Poznania, to padało. Wracam i znowu pada. Strasznie irytujące. Mimo, że lubię trochę deszcz – jego zapach i taki dziwny klimat który buduje, gdy wieczorem skrobiesz coś na kartce, a tu woda stuka w okno – to jednak zaczynam mieć go dosyć. Wpływa negatywnie na moje samopoczucie.

Nie sądziłem, że będę miał ochotę napisać coś w pociągu w najbliższym czasie. Opóźnienie, Rosjanka, Japończyk, Waleń i irytująca parka, której damska część wytrwale z każdą kolejną minutą podróży pozbawiała mnie cennych centymetrów ograniczonej przestrzeni, jednakże 80minut spóźnienia (które swoją drogą nie należało do największych, chwała PKP za to) i powrót porannym tramwajem były najbardziej irytujące. Mimo wstępnych wahań, bardzo cieszę się z wizyty w domu. W każdym aspekcie.

Szukam kawalerki w Poznaniu, rozglądam się za nowym lokum, które chciałbym zająć od pierwszego września. Zbliżają się studia, trochę ciszy i stabilności mi się przyda. Poza tym, potrzebuję lekcji samodyscypliny. Gdyby ktokolwiek trafił jakąś niegłupią okazję i zechciał się nią ze mną podzielić, byłbym wdzięczny.

Cała nadchodząca niedziela to portrety. Poza tym przymierzam się do zdjęć z Kłamstwem, wszystko w sierpniu. Jeżeli chodzi o Capoeira, to temat rzeka teraz.. płynę z nurtem. 18-19 Strzelewo, potem warsztaty we Wrocławiu, liczę na poznańskie treningi w najbliższym czasie.

Siwieję, ale też zaczynam coraz mocniej stać na nogach. Słowo klucz – odpowiedzialność.
Byleby wyjść na prostą.