You are currently browsing the archives for the Capoeira category


Miesiąc

Miesiąc czasu minął od wyjazdu do Mielna. Trzeba przyznać, że ten wyjazd należał do najlepszych w życiu, wszystko co miało tam miejsce przechodziło moje pojęcie każdego kolejnego dnia – przekraczaliśmy granice zabawy, absurdu, wytrzymałości i wiele innych. Dawno już nie pokonałem siebie tyle razy, dawno nie śmiałem się tak jak tam i z całą pewnością dawno nie byłem tak szczęśliwy.

Do tego doszły jeszcze studia we Wrocławiu – udało mi się dostać, od października będę tam jeszcze częściej.

Najtrudniejsze są zawsze powroty do rzeczywistości, po miesięcznym praniu mózgu dochodzę do siebie pomalutku, sukcesywnie. Aktualnie mam ciężki zjazd, połączony z masą rozkmin i analizowania sytuacji. Tak mocno skupiłem się na realizacji swoich celów, że nie obrałem kolejnych po ich osiągnięciu – jestem na etapie podejmowania decyzji, ustalania planu i decydowania o priorytecie marzeń. Straszliwie zakochałem się w życiu, ta miłość pogłębia się coraz bardziej i nieustannie powoduje eksplozje euforii i dewastacji szarych komórek. Naprzemiennie.

W kwestii Mielna – ciężko jest mi wymienić wszystko to co się tam działo. Pobudki Patryka, przyśpiewki z Tomem, ogniska, grille, sucharowe żarty, pływanie rano w morzu, plażowanie, kopanie największej dziury plastikowymi łopatkami, pokręcone odpały z Łukaszem, wlewy, imprezy, szpinak na plaży po nocach, rozkminy, dyskusje, lęki, wysiłek, nawet posiłki stołówkowe i podkradanie szamy były opór zabawne, na zajawce. Nagrywanie filmów (właśnie przygotowuję kompilację), muzyka, codzienne wypady na lody, adrenalina w lunaparku, śniadania na molo, kac, energia, nauka do egzaminu, filmy, kobiety… a przede wszystkim Capoeira. Treningi, rozgrzewki, rozruchy, bieganie, masa pompek, brzuszków, gier, rodas, akrobacji, bólu, kontuzji i mocy. Codziennie coś. Przywiozłem ze sobą (głównie dzięki Pani Mamie z Koszalina) jakieś 60gb nagranych i sfotografowanych materiałów. Już tęsknię za całą ekipą, już chciałbym kolejny wyjazd, cały czas chce mi się trenować.

Czekam na wywołanie filmów z laboratorium, potem trochę poskanuję i sukcesywnie będę publikować zdjęcia które skleiłem analogiem. Zdjęcia który były moją prywatną wojną o radość fotografowania, satysfakcję z pobytu i czystą magię pasji.

Idzie czas, żeby skupić się na rozwoju w fotografii i pociśnięciu tematu Wrocławia, TwentyRockers i naszych planów z nimi związanych. Aktualnie jest cisza przed burzą, jestem pewien że wkrótce masa rzeczy wywróci się do góry nogami. Ale będziemy na to gotowi.

Kto da radę, jak nie my?

Katowice 2011

Mam chwilkę żeby napisać coś o Kato, gdzie wybrałem się w ostatni weekend, na ceremonię Batizado e Troca De Corda.

Ten wyjazd był naprawdę niesamowicie ważny, niejednokrotnie o nim wspominałem i przygotowywałem się do niego bardzo długo, przez kilka ostatnich miesięcy jeszcze intensywniej. Wróciłem bez balastu w głowie który się nagromadził, za to ze świeżymi przemyśleniami i zapowiedzią mocnej pracy. Cieszę się jak dziecko :)
Do Katowic pojechałem podnieść swoje kwalifikacje w Capoeira, przejść egzamin na kolejny stopień i zmienić sznur, z ciemnozielonego na żółty, co w Polsce wiąże się z przejściem z grupy średnio-zaawansowanej do zaawansowanej. Długo udawało mi się zachować spokój, ale już od samego rana w dniu wyjazdu stres pomału zaczął się wdzierać.

Z Poznania wyruszyliśmy we trójkę – Martynka, Kornel i ja. Miałem zaległe rzeczy do zdania u Cachorro przed podejściem do właściwej ceremonii na miejscu, więc podróż zleciała nam na przypominaniu sobie quadras, analizowaniu poprzednich edycji tego eventu i przypominaniu całego sezonu warsztatowego. Katowice to takie podsumowanie, miejsce i czas w którym zjeżdża się większość Polskich sekcji, tam też zdajemy na kolejne stopnie (pomijając część początkujących uczniów, którzy w tym roku egzaminowani byli na lokalnych eventach). To też największe warsztaty, gościmy wtedy cały tabun Brazylijczyków. We Wrocławiu byliśmy ustawieni z Cachorro i jego uczniami. Wypiłem całą butlę dopalacza energetycznego z biedronki, więc trochę mnie nosiło.. sama podróż była naprawdę mega zajebista. Uraczyliśmy współpodróżników bezprzedziałowego wagonu koncertem na berimbau połączonym ze śpiewaniem piosenek – wszyscy się maksymalnie cieszyliśmy i nawzajem nakręcaliśmy na te Katowice. W samym pociągu zaczęło się moje zdawanie – zrobiłem kilka pętelek do struny, zdałem portugalskie słówka i podzieliłem się z Patrykiem wiedzą i rozkminami na temat prowadzenia zajęć, sekcji, relacji na płaszczyźnie instruktor – uczniowie.

Cała ta szpadziornia to trochę jak spotkanie rodzinne. Oczywiście w pierwszej kolejności trafiliśmy na Bialczan, część z nich przyjechała popatrzeć, część przyjechała zdawać. Reprezentanci ASC Poznań Team zrobili małą naradę wojenną, trochę się nawzajem uspokajaliśmy, trochę motywowaliśmy. Wszystko to w szkole, przy której znajduje się Katowicka Akademia, tam też odbywała się pierwsza część rejestracji warsztatowej. Żeby było śmieszniej, w Kato odbywały się zawody małolatów w kosza, dokładnie na tej sali przy akademii gdzie nocowaliśmy rok wcześniej, mecz grała reprezentacja Białej Podlaskiej. Doping gwarantowany, małoletnie koszykareczki zgłupiały. Całe przedstawienie było najśmieszniejsze ze względu na trenerów – dwóch czerwonych buraków, drących japy i przełykających przekleństwa. Przekomiczne :D Część warsztatowo – treningowa odbywała się na sali AWF Katowice. Mniejsze to niż Spodek, mniejsze niż sala w Krk na której kiedyś odbywało się Batizado, ale i ludzi w tym roku było znacznie mniej (przez lokalne imprezy o których wspomniałem), więc można powiedzieć, że było akurat. Powitania, przybijanie piątek, w powietrzu wisiała fajna atmosfera – te 3 dni w roku są nieporównywalne do żadnych innych. Może jakichś świąt… albo matury. Pierwszy trening grupa Verde Escuro i Verde Claro miała na salce do akrobatyki. Nam trening poprowadził p. Dinozauro – przyznaję się bez bicia, że się specjalnie do niego nie przykładałem. Po pierwsze zaczął zżerać mnie stres, po drugie chciałem zaobserwować jaki poziom reprezentuje grupa zdająca na ten sam stopień co ja, a po trzecie ze względu na kolano nie chciałem szaleć.. a trzeba przyznać że taka salka do akrobatyki to, kurwa, niebezpieczna jest, bo człowiek się zapomina. Patryk wyraźnie powiedział: uważaj-na-kolano. No a salta na ścieżce raczej temu nie sprzyjają :D Poza tym do bialskiej salki akrobatycznej na AWF ta się nie umywała.

Po treningu musieliśmy przetransportować się do noclegowni, poczekaliśmy na wiecznie spóźnionego Patola, wypad poprowadził Caramuru. Pojebaliśmy trochę trasę z mapki, poszliśmy nieźle pokręconą drogą, ale i tak dotarliśmy tam nie jako ostatni, mimo że jako ostatni wystartowaliśmy. Komizm całej sytuacji jest nie do opisania, cały czas w głowie brzęczał mi Caramuru: „Kurde, większości ulic którymi idziemy nie ma na tej mapie, a oni wszyscy idą za nami”. Do spania wynajęte było prywatne gimnazjum na drugim końcu miasta, bez pryszniców. Ale to nic, bo te były na AWF, gorzej z miejscem – mało się wycwaniliśmy, zostały nam miejscówki tylko na korytarzu, sale były już pozajmowane. Pierwszego wieczora pooglądaliśmy sobie filmiki z powitalnej roda (na której też się jakoś specjalnie nie nagrałem, ciśnienie, ciśnienie), skoczyliśmy do żabki po kolację, postaliśmy w kolejce 40min, po powrocie urwałem się wcześniej spać, rozentuzjazmowany Wrocław mi trochę na to nie pozwolił, ale twardo próbowałem.

Ceremonia zaczynała się planowo o 11, mieliśmy godzinny poślizg. Między 11 a 12 byłem jeszcze egzaminowany przez Cachorro z akrobacji, gry na berimbau, podstaw bjj, jogo de amarela. Zdążyłem też przypomnieć sobie sekwencje z Pirulitem – tutaj wielkie dzięki dla Ciebie stary, mega się cieszę, że przyszło mi zdawać akurat z Tobą! Ogólnie przez cały ten wyjazd padło kilka ważnych dla mnie słów, myślę, że równie ważnych co wtedy, kiedy miałem kontuzję. I to właśnie te słowa, tych kilka zdań nakręca mnie na trenowanie jeszcze bardziej, podbudowuje, daje energię i pozwala w końcu uwierzyć w siebie, zacisnąć zęby i jechać z trenowaniem dalej. Pierwsze padły po egzaminowaniu przez Cachorro. Wziął mnie na bok i powiedział, że zarąbiście cieszy się, że cisnę tak jak cisnąłem przed kontuzją, że nonstop trenuję, że się przygotowałem i że ma wśród swoich uczniów kogoś takiego jak ja. Po tych słowach byłem w stanie rozkurwić kosmos i skopać dupy wszystkim Brazylijczykom. Na raz. Całe ciśnienie i stres przed egzaminowaniem opadły, wiedziałem – Patryk jeszcze przed wejściem na salę AWF grupowo zrobił nam drobny wykład o formie zdawania i o tym, że nie jesteśmy tam bez powodu i bezpodstawnie – że jeżeli on uznał, że zasługuję, to znaczy że jestem gotowy. I zrobię wszystko żeby pokazać się z jak najlepszej strony, bo to mój czas.

Całość wystartowała o 12:00, niestety zabrakło dla mnie eventowej koszulki (nie rozpaczam), przedstawieniem w wykonaniu P. Amendoima i M. Zambi, w przerwach bateria pod komendą P. Tamarindo dawała popis gry na berimbau i nakręcania axe. Biała (jak zwykle) i Wrocław (idąc za przykładem Białej) zrobiły naprawdę kurewsko ognisty doping dla każdego ucznia, który podchodził do egzaminu. Co więcej Patryk w towarzystwie swoich zaawansowanych uczniów, tych młodszych podsuwał najlepszym Brazylijczykom, z M. Zambi na czele – wielkie gratulacje dla Was wszystkich, bo naprawdę trzymaliście mocny poziom :) Kiedy przyszła kolej na żółtków, wskoczyliśmy na pierwszy ogień. Najpierw 8 sekwencji Mestre Bimby w kilku parach (wepchaliśmy się z Pirulem na sam środek), potem, pierwszy raz od jakichś 5 lat, przyszła pora na granie rytmów na berimbau. 6 osób miało zagrać, te 6 osób wybrać miał dzieciak wskazany przez Adama – zrobiłem wielkie oczy, kilka głupich min i wstałem do berimbau jako pierwszy. Po wszystkim duża roda, 3 pary w środku – kilka gier z zaawansowanymi, ostatni przewiązuje sznur. W chwili gdy zrobił się mały przestój, wskoczyłem do środka i podałem rękę P. Secao. Co się działo dalej, widać poniżej:

Zagrałem z P. Secao, M. Benivaldo, Est. Maximo, P. Amendoimem i P. Dinozauro – kocham Białą i Wrocław za doping, kocham Patola za „NIE DAJ MU SIĘ”. Jest moc. Po mnie zdawał Pirulito, gdzieś w innych parach dziewczyny. Tutaj padły drugie tego dnia słowa, które zapamiętam na bardzo długo – Caracol podszedł do mnie, podał mi rękę i powiedział „w końcu, zasłużyłeś stary”. Myślę, że od nikogo innego słowa uznania nie ucieszyłyby mnie tak bardzo, niż od kogoś kogo szanuję tak bardzo jak Pio. Po żółtkach przyszła pora na graduados – Caramuru i Sarigue zrobili cudnie całą sekwencję Cintura Desprezada, po nich jeszcze Gaivota i Petla. Forma zdawania była podobna, 3 pary i jogo. No i znowu rządziliśmy, uczniowie Patryka pokazali klasę po raz kolejny! Później przyszła kolej na Formados – doping trwał nadal, ale tutaj nasilił się prawie do apogeum, gdy grał Caracol. Jogo de Iuna, później gra między sobą i gra z proffesores – kurwa mać, Piotrek, rozjebałeś system. To jaką prezentowałeś technikę i spokój, to że udało Ci się opanować nerwy, to jak zagrałeś zniszczyło mnie totalnie. Nie raz już to mówiłem i będę powtarzał to dalej, w moim mniemaniu jesteś jednym z najlepszych znanych mi Capoeiristas w tym kraju. Myślę też, że nie tylko dla mnie, bo cała Polska usłyszała ryk i naszą radość w momencie, kiedy Zambi przywiązywał Ci sznur.

Prawdziwe jaja zaczęły się, gdy wywołano pretendentów do Estagiario – między innymi Cachorro. Darliśmy się jak pojebani gdy go wywołali, darliśmy się jeszcze bardziej gdy przewiązywano mu sznur (zastanawia mnie jedynie fakt, dlaczego im k. sznurów zabrakło, to nie jest wyższa matematyka) + doszedł wykonany przez Białą zajebisty baner „Unicar Biała Podlaska <3 Cachorro”, darliśmy się jak grał, śpiewaliśmy i klaskaliśmy najgłośniej ze wszystkich. Nie było w tym nic dziwnego, a jeżeli ktoś uznał to za nieodpowiednie to CH. MU W DUPĘ – nasze pokłady wdzięczności, szacunku i podziwu do tego jak żyjesz Capoeira, jaką robisz Capoeira i co nam dajesz przez Capoeira były, są i będą niewyczerpane. Zasłużyłeś na ten sznur! Co więcej mogę się teraz lansować faktem, iż mój przyjaciel jest Estagiario ;D I myślę, że wiesz, że cieszę się tak samo mocno jak Ty z tego sznura, bo tu nie tylko o Capoeira chodzi brat.

Niesamowicie podobała mi się forma zdawania Vivido na kolejnego Estagiario – musiał zagrać z pięcioma osobami, które wywarły wpływ na jego trenowanie, które coś symbolizują w jego Capoeira. Dobór osób, dobór piosenek które zaśpiewał, samo jogo – było naprawdę perfekcyjne, godne podziwu. Kolejny stopień dostali też P. Dinozauro i P. Amendoim – z czego ten drugi, tak mocno związany z Wrocławiem i Białą, dostał doping równie mocny co Cachorro. Całość trwała od 12 do 17, później jeszcze odbył się trening akrobatyczny z Tamarindo. Po wszystkim zawinęliśmy się pod prysznice i do noclegowni.. i tam zaczęły się jaja :)

Tę część wpisu chciałbym zadedykować oficjalnie Tomkowi Walasowi a.k.a Fofao a.k.a Wkurwiający Zgred a.k.a Pan Lepiec, oraz stwierdzić, że to kurwa niesprawiedliwe, że nie będzie mógł pojawić się na obozie, ale za to nadrobimy we Wrześniu we Wrocławiu. No dobra. Nie ma co ukrywać, wszyscy się cieszyliśmy, mieliśmy zajawkę, chcieliśmy świętować ten zajebiście ważny dzień. Najpierw zamknięty sklep, potem kolacja w KFC.. nie zaczęło się dobrze. Ale za to chaos który zapanował w gimnazjum po powrocie, jest nie do sprecyzowania. Nie byłem pijany, a czuję się jakbym trafił do jakiegoś pierdolonego kalejdoskopu. Głupie żarty na zmianę z poważnymi rozmowami, wypady na stację, narąbany Kornel, impreza która okazała się niewypałem.. to drobny wierzchołek góry lodowej. Najbardziej mistrzowska była jednak akcja „Lepiec”, którą uskuteczniliśmy wraz ze Skofem i Tomkiem, moim zdaniem okazała się po raz kolejny przekroczeniem granic dobrego smaku i pojęcia „popierdolenie” w naszym wykonaniu. Przykład? Korzystam z toalety, stoję nad kibelkiem, drzwi się otwierają (Walas zhackował zamek monetą), jakby to ująć – nie miałem wolnej ręki, wpada do środka, strzela mi soczystego liścia, cieszy japę, drąc się przy tym: IN YOUR FAAAAACE. Nie byłem dłużny. Skof też nie. Kurwa, to było tak samo chore jak i zajebiste chłopaki, serio.

Rano wlota do sklepu, szybkie śniadanko, spacer na AWF, trening z Dinozauro (muszę przyznać, że całkiem niezły), roda pożegnalna. Ależ się nagrałem, serio, mega wypas! Dużo gier, dużo ludzi, różne akcje, punktowanie dodatnie i ujemne. Zajebista gra z Caramuru, Touro, Armagedonem. Fofao dorobił mi ponteirą drugi łokieć :) Po wszystkim zawinęliśmy kabety, podziękowałem Mestre, który jak się okazało i co bardzo mnie ucieszyło, pamięta mnie jeszcze z Mostów, przybiliśmy piony, z niektórymi zobaczymy się dopiero po wakacjach, z niektórymi na obozie w Mielnie, już za kilka dni. Jedna rzecz mnie bardzo zmartwiła, to co się stało z Oktawią i kretyn który zrobił jej krzywdę podczas grania. Ale zapamiętaliśmy kto to i będziemy pamiętać tak długo, jak trzeba będzie. Podczas ogarniania do wyjścia, po raz trzeci padły słowa, które mnie mocno podbudowały, za które chcę podziękować Fofao – po wszystkim, kiedy się żegnaliśmy, powiedział że trzymam poziom, jest konkret i to naprawdę dobrze, że nie boję się ostro grać. On też, w moim prywatnym rankingu, jest bardzo wysoko i trzyma mocny poziom. Dobra technika połączona z zajebistymi predyspozycjami – stary podczas tej naszej gry musiałem tak samo uważać kiedy byłeś daleko, jak i kiedy się zbliżałeś, masz morderczą pracę dystansem. Tą ponteirę zbiłem naprawdę w ostatnim momencie, po naszej grze musiałem wziąć kilka głębokich oddechów. W odniesieniu do tego co powiedział mi Cachorro, Caracol i Fofao, pozwolę sobie zacytować Patryka, w jednym z mejli które od niego dostałem i do których cały czas wracam – „nie chodzi mi o to zebys podniosl sie na duchu, zadarl wysoko glowe i byl dumny. jesli tak zrobisz, zlamiesz wszystko (…) w tym momencie powinienes przyjac to, pochylic glowe, zacisnac zeby i jechac z tematem”.

Pociąg do Poznania, razem z Wro, pożegnania, ustawki, wspomnienia.
Odstawiliśmy Martynkę rano na pociąg, z Warszawy do Frankfurtu i dalej do Brazylii, roczna wymiana. Będę mocno tęsknić, jedyna wartościowa rzecz jaką mogłem jej zostawić to trochę napisanych słów. Aktualizuj systematycznie bloga! Byłem też na ostatnim w tym sezonie dla mnie, treningu z Poznaniakami. Mega konkret, mega moc, mega wypas, mega się cieszę, że dałem radę. Dziękuję Wam bardzo ze to co dla mnie zrobiliście, za to że mogłem z Wami trenować. Postaram się wpaść na chwile chociaż do Darłówka w sierpniu, w nowym sezonie trenujemy dalej, z nową mocą! Dzisiaj w nocy jadę do Białej zobaczyć się z rodzicami. W niedzielę jedziemy do Mielna. Na miesiąc. W międzyczasie czeka mnie egzamin we Wrocławiu. Szalona jazda bez trzymanki nonstop!

Nieco się boję, ale nie mogę się też doczekać.
To był naprawdę cudowny sezon.

Looptroop Rockers + Brazyliada

Trzeba realizować plany. Moim planem na dzisiaj była wizyta w banku, efektywny dzień w pracy i przede wszystkim możliwie obszerne i dokładne ogarnięcie materiału z wyjazdów. Dlatego mimo przeokrutnego zmęczenia postanowiłem skleić parę słów odnośnie Wrocławia i Rzeszowa – bo właśnie na tym relacja z ostatniego szaleńczego tygodnia zawisła.

Do Poznania dojechałem gładziutko – śpiąc. Wcześniej pozwoliłem sobie przesłuchać Czystą Brudną Prawdę – Sokoła i Marysi Starosty – i muszę przyznać, że ta płyta jest dla mnie pretendentem do masakry roku. Genialna sprawa na rozkminę. W Poznaniu przespałem się kilka godzin, przepakowałem na warsztaty i ruszyłem do Wrocławia. Tam Roda – w moim mniemaniu bardzo udana i (jak dla mnie) kompletna – poczułem, że zaczynam ogarniać każdy z jej aspektów, to naprawdę miłe uczucie rozwijać się na kilku płaszczyznach :) Aż chce się więcej!

Koncert Looptroop Rockers to życiówka. Dawno temu, kiedy byłem szczylem który dopiero zaczynał słuchać rapu i wkręcał się w tę kulturę, to właśnie LTR nastawiał mnie na coś naprawdę ambitnego. Kolejne marzenie spełnione – widziałem i słyszałem na żywo Promoe. Samo wydarzenie, było tak na dobrą sprawę konkretnie przygotowanym przedstawieniem: zagrali straszne oldskule przy których cała sala darła się w niebogłosy, aż po nowe smaczki i kilka zapowiedzi nadchodzącego materiału. Jest jeden fenomen tej imprezy, który był dla mnie strasznie ważny – zauważyłem tam naprawdę niewiele przypadkowych osób. W znacznej większości to byli starsi oldskulowcy, którzy pojawili się nie z tytułu fejmu albo modnej zajawki, a przez szacunek do jednej z najważniejszych ekip na Starym Kontynencie. Genialna sprawa. Dodam jeszcze, że gdy Promoe popłynął z These Walls Don’t Lie, Patryk darł się najgłośniej, skakał najwyżej i był chyba najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi ;)

Po wszystkim opierdzieliśmy kebaba, okazało się że afterparty nie ma (co było dla nas kompletnie niezrozumiałe – ludzie momentalnie rozeszli się po TAKIM koncercie), wpadliśmy do Toma po rzeczy, zapuściliśmy chamskie ploteczki, zawinęliśmy (w pierdolonym deszczu) na nocy autobus. W domu zmęczenie dało o sobie znać: Patryk zaczął słodzić wodę z kranu landrynkami, a ja zasnąłem z głową na stole. O 5 rano, czyli jakieś dwie godzinki po powrocie, podjechaliśmy leniwie taryfą na pkp, władowaliśmy się w pociąg do Rzeszowa. We dwóch. Oczywiście spanie nie mogło trwać długo, zaraz dosiadły się trajkotki z PKP, ja przespałem się po tym jak dosiedli się w Katowicach do nas Izka i Majkel. Stację Rzeszów Główny też prawie przespaliśmy :)

Jaja zaczynają się tak naprawdę w tym momencie. Nie byłbym sobą, gdybym nie sprowadził jakiegoś pierdolonego fatum – bankomat przy sklepie, z którego chciałem skorzystać po wyjściu z pociągu, strzelił na mnie focha. Z moją kartą w środku. Pani z linii awaryjnej była bardzo miła, poinformowała mnie o potrzebie wydania nowej karty i podaniu do odzyskania środków które mi prawdopodobnie ściągnęło, ale nie wydało. Jakbym kurwa tego nie wiedział. Ja tu liczyłem na jakąś magiczna kombinację klawiszy która wypluje mój plastik.. Gdyby nie Patryk, to wsiadłbym w pociąg powrotny tego samego dnia.

Rzeszowska Akademia zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Okrutnie klimatyczne miejsce w centrum miasta, otoczone starymi kamienicami, świetnie zaprojektowane i pomalowane – poza tym było dużo ludzi, grill, słońce i znajome mordy :) Batizado na jedną parę, z brazylijczykami, długie, konkretne. Potem jeszcze kilka gier na które warto było popatrzeć – ciekawe jest to, że na eventach często dochodzi do rozładowania emocji które zbierają się w ludziach w trakcie sezonu. Pod kątem analizowania gry, zaistniałych niuansów w rytuale i samego podejścia ludzi do siebie nawzajem, ten wyjazd nie miał sobie równych. Nie mogę pochwalić Roda przed akademią na kamieniach i piachu, ale miała swój klimat. Osobą która najbardziej się przyczyniła do pozytywności tych warsztatów był Skot – mordo masz u mnie solidny dług wdzięczności. Przygarnął mnie, Psa i Atomówkę do siebie, ogarniał nas, pilnował, oprowadzał, załatwiał transport (pozdrosy dla Taty Skota i Magdy), chodził na zakupy, szykował śniadania (pozdrosy dla Mamy Skota) – zostaliśmy przyjęci jak rodzina, chociaż domyślam się że wywołało to niezłą zamotkę. Było prześwietnie, mimo że NiewiemocochodziCrew odpuściło koncert, a skupiło się na delikatnych fristajlach na sobotniej najebce :) Wybraliśmy się w piątek na piwo, jak dla mnie Adam wygrał ten wieczór – najpierw swoją postawą w Irish Pubie a potem nieśmiertelnymi historiami z rękawa w Undergroundzie :) Następnego dnia trening z Secao, który trochę mnie przestraszył – kolano daje o sobie znać, zmęczony staw boli, powinienem odwiedzić ortopedę kontrolnie. Pokaz w centrum handlowym możecie zobaczyć niżej:

Trening maculele i afrodance jakoś mnie nie urzekł. Sama Roda na rynku (poza kilkoma zajebistymi akcjami, jak np. grą Cieszka z Secao), deszczyk – też nie. Wieczorna impreza w Miencie – po stokroć tak! Tuse miał wernisaż swoich prac w nowo powstałym lokalu Mienta w Rzeszowie (sam klub jak dla mnie był opór designerski i klimatyczny, przy jednoczesnym minimalizmie – każdemu kto tam będzie, polecam się wybrać), poza tym zagrał tak rozkurwiającego dramowo-brejkbitowo-dabstepowego seta, że to się nie dzieje. Tego się nie da opowiedzieć, nawet na imprezach Sicka się tak świetnie nie bawiłem. Swoi ludzie, genialna muzyka, litry wylanego potu (dosłownie mogliśmy wykręcać koszulki) i zimne piwo. Impreza była naprawdę na bogato :)

Następnego dnia w wyniku niesprzyjających okoliczności i złośliwości wszystkich budzików w domu, dotarliśmy w połowie ostatniej Roda. I tutaj (znów, podobnie jak w Krośnie) w przeciwieństwie do pozostałych, grało mi się naprawdę dobrze, lekko i konkretnie. Powrót mieliśmy zaplanowany większą ekipą, ale niestety to ja telepałem się najdłużej. Do Krk jechał z nami Chocolate z Krakuskami, z którym konkretnie się rozgadaliśmy dzięki Atomówce robiącej za translator (chociaż mój łamany portugalski też pomału zaczyna coraz szybciej raczkować, z czego bardzo się cieszę), do Kato towarzyszyła nam Izka, Majkel i Armagedon, a do Leszna dzielnie wspierała mnie jeszcze Okta. Wróciłem do domu jakoś w okolicach 4 rano, przespałem się 4 godziny i rano pobiegłem do banku załatwiać nową kartę. Oj działo się ;)

Teraz Katowice i już za miesiąc Mielno! Zapowiada się znowu, naprawdę gruby okres ;)

Mamy naprawdę zajebiste życie, stary.

W piątek o 10:30 zadzwonił do mnie Patryk, z informacją, że o 11:30 mam być na pkp, załadować dupę w pociąg do Koszalina, gdzie prowadził warsztaty. Byłem wtedy w biurze, bez żadnego bagażu i nie miałem bladego pojęcia o jakichkolwiek warsztatach w Koszalinie. Wybiegłem z biura, zadzwoniłem po drodze w dwa miejsca: do Bartka – poinformować go, że wracam w poniedziałek, i do Mikołaja – z prośbą żeby spakował mi ciuchy i podrzucił na PKP. Zdążyłem, cudem-fartem, pojechaliśmy.

Z tego miejsca muszę przeprosić wszystkich którzy mieli jakieś plany związane ze mna na weekend, ale jednym z argumentów było przygotowywanie do egzaminu. Słońce prażyło, Koszalińska sekcja przyjęła nas jak rodzinę, było naprawdę zajebiście i będzie co wspominać :D Nie mam specjalnie czasu żeby się rozpisywać, więc doskrobię resztę po powrocie z treningu dziś.. Tymczasem zdjęcia, każde ma naprawdę niezłą historię ;)

Dzisiaj w nocy jadę do Białej. W środę do Poznania, we czwartek do Wrocławia, w piątek do Rzeszowa. W ciągu jednego tygodnia, uda mi się przejechać Polskę wzdłuż i wszerz.

Warszawka

Było na co popatrzeć w Warszawie na Batizado i po, było gdzie mieszkać i była akademia po powrocie. Byli też ludzie, za którymi (jak zwykle) tęsknię. Wielkie dzięki dla współtowarzyszy! Jak dobrze pójdzie, widzimy się w Rzeszowie.

Bardzo przyjemna ta „Sztuka Życia”, gładko się czyta, można pomyśleć. Waglewski się ślicznie uśmiecha z okładki, historia o pani Basi Hoff jest. Dużo ciekawych rzeczy, rozkładówka godna, jak na razie tylko jeden artykuł sobie odpuściłem, jakoś za nudny był. Sceptyczne podejście minęło się z rzeczywistością.

Zapraszam też 24 maja 2011 na kolejną edycję [DanceWithMe] Open Air – największego festiwalu muzyki elektronicznej po wschodniej stronie Polski. Maczam tam palce od początku, podobnie jak Turnedog. Ładne www, można sobie zobaczyć o tutaj: www.dancewithme.pl, trzeba przyznać że Patryk się postarał i zrobił miodną oprawę imprezy. Będzie Klein, Sonya. Angelo Mike, Fusion F i kilku innych.

Nie mam czasu specjalnie żeby coś naskrobać więcej, może wieczorem. Natenczas zdjęcia, jak się sprężę to jeszcze youtube. Od dzisiaj trenujemy z zaawansowanymi 20-21:30, jaram się! Jeszcze jedno. W warszawie grasuje morderca gołębi, 6 martwych. A po pkp chodzą ludzie z jedną nogą, wystarczy kliknąć KOLAŻ i zrobi się większy, tam na dole.
<

Majóweczka

Długi weekend mamy za sobą, każdy przechodził go na swój indywidualny sposób i co więcej, chyba większość moich znajomych była z niego naprawdę zarąbiście zadowolona.. muszę przyznać, że ja też :)

Po ciężkich negocjacjach i niesamowicie trudnej batalii emocjonalnej A. postanowiła mnie odwiedzić :) Z czego jestem przeokrutnie szczęśliwy, sto lat tak nie odpocząłem.. Do tej pory moja poduszka pachnie jej perfumami, a ja zdążyłem się okrutnie stęsknić. Co więcej podpisuję się czterema rękoma pod stwierdzeniem, że widok ukochanej dziewczyny w twojej koszulce to najseksowniejsza rzecz na świecie. Zawalczymy dzielnie :)

W poniedziałek popołudniu pozwoliłem sobie na mały trening w akademii, chciałem sprawdzić jak wygląda kwestia mojego przygotowania do egzaminu pod kątem akrobacji.. no i nie jest najlepiej. Ale mam Caramura, coś ogarniemy, kolanka pobolewają. Oba niestety.. będąc w temacie Capoeira, wczoraj mieliśmy naprawdę ciekawy trening i roda, ostatnio gra mi się lepiej niż zazwyczaj, luźniej i bardziej technicznie. Torpedo na koniec bardzo mocno podkreślał fakt równości capoeiristas w roda, kumulowania energii w środku, wagę muzyki i angażowania się w cały rytuał Roda de Capoeira.. było nas naprawdę niewiele, a energia po raz kolejny prawie rozniosła akademię :) No i pękła mi 4 raz struna w berimbau w ciągu ostatnich dwóch miesięcy..

Poniedziałkową noc i przygody z flagami pozwolę sobie ominąć. Dość powiedzieć że chyba zmniejszyła mi się tolerancja na alkohol, wtorek jeszcze niekoniecznie otrzeźwiały pocisnąłem na pkp. Roda we Wrocławiu, na dobrą sprawę miałem nie jechać, ale czego się nie robi pod wpływem. Chwili. Wsiadłem do pociągu w samej bluzie. Ciepłej, miękkiej bluzie. Wyobraźcie sobie moje zaskoczenie kiedy obudziłem się przed Wrocławiem i zobaczyłem za oknem śnieżną zamieć. 3 maja.

Roda we Wro też na pełnym wypasie, intensywnie, mocno, dobra energia – to ciekawe, nad 6h jazdy w dwie strony przełożyłem 1,5h treningu i czułem się z tym świetnie :) Wroclove! Wieczorem naleśnikarnia na Ruskiej, Lima z nami pojechała do Poznania, po to żeby wrócić po kolacji do Wrocławia ;D Bardzo intensywnych kilka dni.. W środę wieczorem wlotka do klubu z Mare.

Dziś piątello, firmowy grill, jutro w planach jest Gubin – jednak wizja kilkugodzinnej podróży autobusem mocno mnie zniechęca. No i fundusze.. to z kolei gruby problem. Nakręciłem się strasznie na dwa turnusy obozu w lipcu, jednak wiąże się to z kosmicznymi wydatkami.. poza tym czerwcowe egzaminy, warsztaty w maju.. już i tak z dosyć dużej ilości eventów musiałem zrezygnować, stąd moja zwiększona gotowość do pracy. Jeżeli pojawią się jakieś sensowne zlecenia, to walcie śmiało. Biorę wszystko, wiem, że warto ;D

W niedzielę zdjęcia. Ważne, istotne, zajawkowe i po raz kolejny – inne. Trzymam mocno kciuki za ich przebieg, mam świetną ekipę do pracy, więc z całą pewnością damy radę ;)

In tacz.

Sunday afternoon

Ojeeej. Chciałem tutaj opisać wyjazd do Białej, świąteczny. Obiecywałem sobie, że będę też słabe rzeczy opisywał. No i nie mogę ukryć, że ten wyjazd, a w sumie sama jego końcówka była masakryczna.

Odzyskałem część siebie, odpocząłem trochę, dużo czytałem, dużo rozmawiałem z rodzicami i siostrą, poznałem Pawła, wypiłem drinka z Tatą, poznałem mojego siostrzeńca. Grałem capoeira, mniej niż bym chciał, ale z dużą dozą refleksji, wywołaną rozmową z Patrykiem. Stary, ja bez Ciebie chyba bym zwariował w tym świecie – cenne rady, bardzo cenne. Jak uzyskać równowagę w proporcjach, jak będzie kiedyś. Capoeira balança mas não cai – i nie chodzi tutaj o samo jogo, bardziej o myślenie. Trzeba grać, w szczególności wtedy, kiedy nie jest łatwo. W szczególności wtedy, kiedy się boisz.. a ja Białej i akademii boję się panicznie. Siebie, przeszłości, emocji.. paranoik.

Niedziela i poniedziałek należały do hardkorów, noc w szczególności – ale trzeba zachować opanowanie. Amendoim ekspresyjnie wyraził się o roda, noszę teraz tę ekspresję na łańcuszku, na sercu. Powrót do Poznania, praca, ustawione zdjęcia (nie mogę się ich doczekać), tęsknota za A, trening – Dziambol częściej musisz wpadać do akademii, dzisiejszy trening był świetny!

Ciężko jest czasami, nikt nie mówił że będzie łatwo.. ale o to właśnie chodzi :) O to żeby nie było łatwo. Dzisiaj skrótowo, symbolami, zwrotami.. zaraz zasnę. Ale będę pamiętać. Muszę pamiętać, dlatego noszę spokój na łańcuszku :)

Axe! Aparat z funkcją jutube daje radę :)

Powrót do nierzeczywistości.

Podróże są bardzo ważne. Szczególnie w moim wypadku, kiedy dedykują samopoczucie, siłę i charakter. Są istotne do tego stopnia, że bez nich byłbym uboższy o ogromne ilości doświadczeń, za którymi nawet nie mógłbym tęsknić, nie znając ich.
Muszę przyznać, że był to bardzo intensywny tydzień. Do tego stopnia intensywny, że jest środa, a ja wciąż dochodzę do siebie, mimo wszystko jestem z niego zadowolony. W szczególności z wniosków które ze sobą przyniósł.. ale wnioski na koniec. Teraz pozwolę sobie zarejestrować jego przebieg. Muszę nadmienić, że trzeci dzień już zbieram się do napisania tego tekstu.

Tak na dobrą sprawę, zaczęło się wyjazdem na roda do Leszna. Na pokazie w Kudowej, na który wybraliśmy się z ekipą z Wrocławia (na którym notabene była jedna osoba z Wrocławia) dostałem namiary na Touro z Leszna, od którego dostałem smsa o nadchodzącej roda, organizowaną przez sekcję w Lesznie raz w miesiącu. Bardzo chciałem wybrać się tam, pograć trochę z nimi i poznać ekipę – po krótkich namowach pojechaliśmy tam we czwórkę: Ja i Mare z Poznania, Cachorro i Lima z Wroclove. Zdecydowaną większość Roda graliśmy banguela, było kilka ciekawych akcji, kilka naprawdę fajnych gier. Jak zwykle przyszło mi do głowy kilka rozkmin, ale co najważniejsze – w końcu udało mi się zobaczyć z Patrykiem. Oficjalnie muszę przyznać, że dałem dupy jako przyjaciel, dlatego też widok jego ucieszonej mordy na dworcu i blask śnieżnobiałych zębów (widocznych z drugiego końca peronu) dodał mi nieco otuchy. Czułem od dawna, że powinniśmy porozmawiać, ale te trzy wyniszczające tygodnie w Poznaniu blokowały moje podróże. Co więcej wychodziłem z przekonania, że odpoczynek od pkp jest wskazany.. Dawno nie miałem okazji grać banguela, dawno nie miałem odwagi śpiewać w Roda, dawno też nie miałem motywacji do tego żeby wycisnąć z siebie maksymalnie dużo energii. Mega dobrze mi się grało. Ze spokojem.

Potem był powrót do Poznania, długie opowieści i wspomnienia przytoczone Mare, mimo, że miałem ochotę spytać ją o kilka rzeczy, to ja popłynąłem z krasomówstwem. Ale na te pytania przyjdzie jeszcze czas. Jeden dzień w domu, wyjazd do Wrocławia na roda, skąd mieliśmy jechać ekipą na warsztaty do Krosna. Tamta roda z kolei jeszcze bardziej nakręciła mnie energetycznie, byłem okrutnie zaskoczony faktem, że tempo rozwoju Wrocławskiej sekcji jest niemal zastraszające – czynią ogromne postepy pod okiem Cachorro i Amendoima, śpiewają, wchodzą do środka, grają odważnie – i nie boją się próbować. Najwięcej do myślenia dała mi moja gra z Limą, mimo wszystko niektóre rzeczy są jeszcze nie zamknięte.. i słusznie zebrałem za tę grę wrzutę od Patryka. I muszę przeprosić za nią Limę. Mimo to bilans nadal pozytywny. Wroclove prawdziwe capolove :)

Stęskniłem się za Patolem, mieliśmy możliwość pogadania – długo i konkretnie. Zjedliśmy opór wielką kolację (po której niewiele brakowało, a byśmy nie pojechali do Krosna z przejedzenia), przekimaliśmy się półtorej godzinki i o 5 rano żwawo ruszyliśmy na pkp, gdzie czekała reszta ekipy. Żeby zapamiętać te rozmowę, pozwolę sobie zanotować, że po niej coś we mnie się zmieniło. Z całą pewnością coś się złamało, przyszło kilka wniosków i zatęskniłem bardzo za starymi czasami. Kto ma dać radę jak nie my? Na pekape przywitał nas tabun ludzi – Caramuru, Kornel, Jagoda i Mare z Poznania, Tom, Grandao, Tubarao, Kangur z Wrocławia i Okta z Leszna. Acaniadha miała czekać już w samym Krośnie (bo z pod Krosna pochodzi). Tom, czołowy alkoholik wrocławski i stuprocentowy student przytoczył się prosto z imprezy w cudzych okularach i całą drogę przespał. Na dobrą sprawę obudziliśmy się w Katowicach – jakby nie patrzeć capopodróże są zawsze opór pełne pokręconych faz, dziwnych rozkmin, dyskusji i niepoprawnych politycznie żartów. W szczególności z TAKĄ ekipą <3 Dojechaliśmy do Rzeszowa, gdzie zaopiekował się nami czołowy Szpadyzor, członek NIEWIEMOCOCHODZI a.k.a NIEMAMRYMU CREW - Scot. Zabrał nas na przecudną pizzę, gdzie prawie powtórzyliśmy wyczyn z dnia wcześniej, tj. nażarliśmy się z Patolem do oporu. Przed nami godzinna podróż busem do Krosna.. i tutaj trzeba nadmienić sytuację z Rzeszowskiego rynku w okolicach wielkiej Pipy (kto nie był w Rzeszowie, może nie ogarnąć miejscówki) - zostaliśmy zaczepieni przez Froda. Dokładnie tego który podróżował do Mordoru, który nas pozamiatał swoją integracją z facebookiem. Koleś za pomocą kodu pocztowego był w stanie odgadnąć nie tylko miasto pochodzenia, ale i dzielnice w których mieszkaliśmy, szkoły do których uczęszczaliśmy i nauczycieli którzy nas uczyli. Osobiście zostałem pozamiatany wiedzą tego kolesia, do tego stopnia, że w momencie w którym zaczął odgadywać imiona i daty urodzenia, konkretnie się przestraszyłem. Byliśmy ekipą rozsianą po całej Polsce, ten ziomek to chodząca książka telefoniczno-adresowa. Koleś był bezdomnym prze 10lat, aktualnie zajmuje się sprzedażą koralików i hand-made ozdób. Po przebiciu się przez tabun ludzi, kierowca busa zgłupiał kiedy kupiłem u niego za 120zeta bilet dla 12 osób do Krosna. Autentycznie zgłupiał. I rada na przyszłość - jeżeli jedziecie z Rzeszowa do Krosna busem, nie jedzcie dużych posiłków wcześniej, bo zwrotka jest gwarantowana. Podróż przypominała przejażdżkę rollercoasterem bez trzymanki, serpentyna na serpentynie przy maksymalnej możliwej prędkości, gwarantującej nie wypadnięcie z trasy.


Potem wszystko potoczyło się szybko, dojazd, dojście na salę (Krosno to przemiłe i przespokojne miasto – wychodziłem z takiego założenia do czasu sobotniej imprezy). Przybicie piątek z ekipą która dojechała: Kraków, Lublin, Chełm, Rzeszów, Katowice, Łódź i inne miasta. Cudnie było zobaczyć się z tymi ludźmi, pogadać, pograć razem i poćwiczyć. Stęskniłem się konkretnie. Same warsztaty jednak, dla mnie, przybrały nieco nieciekawy obrót. Po pierwsze Secao kazał ćwiczyć mi w grupie zaawansowanej, od amarela w górę – bardzo doceniam taki obrót rzeczy, niesamowicie cieszę się kiedy mogę ćwiczyć i grać np. z graduados lub formados, jednocześnie samemu posiadając dopiero ciemnozielony sznur. Z drugiej strony jednak to dla mnie strasznie stresujące, jednak od decyzji Secao nie ma odwrotu. Pierwszy trening z Adamem i wykorzystaniem sprzętu – tarcz, rękawic, pacek i worków. Trening nieco kondycyjny, dosyć męczący, głównie na łamanie rytmu, wybieranie odpowiednich momentów do ataku, zmianę tempa. Wkładałem całe serce, biorąc pod uwagę presję która siedziała mi w głowie – do połowy treningu. Bo w połowie treningu, w ramach głupiego wypadku, zebrałem łokieć na twarz i rozciąłem skórę na łuku brwiowym. Wprawdzie nie trzeba było szyć, ale jucha się polała, wyglądało to conajmniej wielokrotnie groźniej niż było faktycznie – oczywiście pomoc medyczna była obecna, w postaci dwóch małolatek z uprawnieniami. Bez zakładania rękawiczek, bez osuszenia i zdezynfekowania rany dostałem na czoło zajebisty plaster – konfrontując to z moją nadmierną potliwością, plaster w ciągu 10sekund się odkleił.. i ponowne przyklejanie było totalnie bez sensu :D Grzecznie poprosiłem o gazę i resztę treningu spędziłem w kiblu tamując krew. Skończyło się na delikatnej opuchliźnie, urażonej dumie i podłamaniu psychicznym. Serio się przybiłem.

Delikatnie naburmuszony pozwoliłem sobie na prysznic (w męskiej łazience nie było ciepłej wody, a Patryś w ramach drobnego żartu pozwolił sobie oblać mnie lodowatą wodą w momencie kiedy się wycierałem.), spliffa i sen. Spało się co najmniej zajebiście, biorąc pod uwagę fakt kilkunastogodzinnej podróży, wycięczającego treningu i tego że Majkel udostępnił nam materace gimnastyczne. Z nową energią, następnego dnia, jeszcze bardziej zestresowany przyszedł czas na trening z Secao. Oczywiście trzeba nadmienić, że jeszcze przed treningiem dostaliśmy przepyszne drożdżówki na śniadanie, za co po raz kolejny propsuję Majkela, podniosły mnie nieco na duchu. Z opuchniętym delikatnie okiem, ruszyliśmy w capoeira tango, trening na Martelo, w masie kombinacji, bloki, pracę z dystansem. Dawałem z siebie całe serce, do momentu w którym zapomniałem o kolanie. Trzasnęło, zmęczyło się, pobolewa jeszcze kiedy to piszę. Znowu, kurwa, w połowie treningu. Stabilizator nie pomagał, Patol mnie opierdolił i kazał usiąść, dać odpocząć nodze (w międzyczasie znalazłem jeszcze narąbanego Sebę między materacami, co było nieco przerażającym zaskoczeniem, że dał radę oddychać w takich warunkach leżakowania). Wtedy podłamałem się już kompletnie, nie dość, że trenuję z zaawansowanymi, to już drugi trening odpuszczam w połowie, nie świadczy to dobrze o mnie i o szansie którą dostałem na tych warsztatach. Chwila przerwy, trochę rozkmin, krótka dyskusja z Patrykiem, trening z Amendoimem – tego już postanowiłem nie odpuszczać. Na początku zastanawiałem się nad odpoczynkiem, ale urażona duma wzięła górę. I ćwiczyłem. Z delikatnymi przerwami, nieco spokojniej i z rozwagą, zaciskając zęby i uważając na staw, przećwiczyłem całe zajęcia. To mnie podbudowało, dodało mi trochę energii.. i zacząłem się w końcu uśmiechać. Oczywiście non stop marudziłem o tym jak mnie boli, ale mimo wszystko warsztaty to warsztaty. Potem roda, też delikatnie, kilka gier.. starałem się grać z ludźmi raczej z verde escuro i verde, chciałem zorientować się w poziomie reprezentowanym przez ludzi na tym samym sznurze. Znowu kilka akcji, oczywiście nie było najlepiej, spinka brała górę.. ale czułem, że z czasem jest coraz lepiej, a mokre włosy przykrywają nieco ranę nad okiem i nie wygląda tak strasznie ciamajdowato. Potem kolacja z Patrykiem i Acaniadhą, wypad na miasto, wlotka do klubu, spliff, kilka piw – znowu mieliśmy okazję pogadać z Patolem, fajnie było spędzić czas z ludźmi, pogadać z Jakubem, Andrzejem, Pioterkiem.. wszystko na plus. Niestety sama impreza była chyba najsłabszym elementem wyjazdu, może też dlatego że ograniczyłem używki a na trzeźwo nie było aż tak zajebiście żeby się pobawić. Wjechało kilka czerstwych nawijek, NIEWIEMOCOCHODZICREW dało popis betonowych umiejętności nie-władania słowem. Inna kwestia to burda przed klubem najpierw w wykonaniu ochroniarzy, z udziałem rasistowskich tekstów, a potem wplątał się w nią ktoś z capo. Ruszyliśmy z powrotem, ale okazało się że Caracol zawrócił z Koksem po ludzi od nas, więc i my z Patolem wróciliśmy się po Pio. Koniec końców obyło się bez przypału i przespacerowaliśmy się na salę (Tom w ramach upojenia prawie się nie zabił o łańcuch – Nieładnie Patryk! Wiem, że to czytasz, fakt że nigdy nie byłeś pijany, nie znaczy że możesz go podpuszczać! Nawet gdybyś salto skręcił nad tym łańcuchem, to biedny Tom próbowałby je powtórzyć :D Mam nadzieje, że wywołałem wyrzuty sumienia. Fakt faktem ten widok skaczącego Toma był przezabawny i prawie się nie zlałem ze śmiechu :D ) No i trzeba przyznać, że chłopacy z Wrocławia mają serce do melanżu na bogato ;) Znowu posypało się kilka historycznych tekstów, przyśpiewek Toma, Grandao i Tubarao – przez dobre pół godziny japa mi się ze śmiechu nie zamykała. To samo dotyczyło Scota. Najcudowniejszy Dżejkob poratował moje zapotrzebowanie na łakocie chałwą, ploteczkami i odrobiną poważnej rozmowy. Warto też nadmienić że Patryk wyrwał najlepszą laskę na warsztatach – miała raptem kilka lat, ale jeżeli dzieci mają taki charakter jak ona, to ja bezkitu chcę mieć kiedyś dzieci :D

Paradoksalnie niedziela była najlepsza. Podjęliśmy decyzję o powrocie przez gród Kraka, z przesiadką na pociąg o 19, przez co z Krosna musieliśmy uciekać o 13. Trening złapał solidną obsuwę, sprowadził się do Roda w której braliśmy udział przez 15minut. I TO BYŁA DOPIERO ZAJEBISTA MOTYWACJA! Gry były luźne, było ich bardzo dużo, non stop w środku ktoś z naszej ekipy. Przez te 15minut przejęliśmy kółko, graliśmy cały czas, graliśmy luźno – bawiąc się capoeira, wyciskając z niej maksymalną ilość radości. Mimo 15minut wyszliśmy z niej opór spoceni, zmęczeni i zadyszani – na koniec zaliczyłem jeszcze szybką nauczkę i konkretną glebę. Było naprawdę przezajebiście i tak naprawdę dla tych 15minut byłbym w stanie przejechać całą trasę raz jeszcze. Trzeba przyznać że powrót był hardkorem, wielogodzinnym z głupawką na samym końcu (w Kato dosiadł się do nas Amendoim i Okta – kompletny zbieg okoliczności, ale jeszcze chwilkę pogadaliśmy). W domu byłem w poniedziałek, o 4 rano. Kolejnego dnia odsypianie, praca, wróciłem kulawy. Ze względu na lęk o kolano odpuściłem przedświąteczne treningi w Poznaniu, jest mi z tym źle, ale z drugiej strony nie mogę pozwolić sobie na ponowną kontuzję. Tak czy inaczej warto było jechać!


W maju na 100% szykuje się wyjazd do Stolicy (przyjeżdża Tamarindo!) i Rzeszów – oficjalne otwarcie akademii. W między czasie jest jeszcze event z Dinosauro w Białymstoku, ale na niego chyba nie dam rady się wyrwać.. Poza Capoeira próbowałem dokumentować ten wypad, nagrałem fragment Roda, zrobiłem kilka zdjęć. Po powrocie ustawiłem kolejne zdjęcia już dla siebie i przede wszystkim zacząłem przygotowywać się do dwóch najważniejszych egzaminów jakie mnie czekają w najbliższym czasie, którymi się stresuję i na zdaniu których bardzo mi zależy. Troca de corda w Katowicach (Jadę po amarela! Krok milowy w mojej capoeira. Dużo myśli) i być może ponowna próba na ASP, tym razem we Wrocławiu. Dużo się dzieje.. jutro jadę do domu na święta i mam się zobaczyć z kimś, kto stanowi nierozerwalny element mojego świata. Zadecydujemy o naszej przyszłości. Naprawdę dużo się dzieje. Jeszcze więcej w mojej głowie..

Okrutnie bolą mnie płuca, od dwóch dni koszmarnie kaszlę. Co więcej moja kochana, najcudowniejsza siostra, najlepsza laska jaką znam skończyła 18lat :) Z tego miejsca propsuję ją maksymalnie, a każdemu skurwysynowi który spróbuje zrobić jej krzywdę chciałem zakomunikować, że ruszę niebo i ziemię żeby go znaleźć i zmusić do przeprosin na kolanach. Radzę, kurwa, uważać – mam ze sobą solidną ekipę i nieskończone pokłady miłości do Angeliki. Kocham Cię siostra, co by się nie działo!

Na koniec jeszcze krótka rozkmina i wnioski.. które tak naprawdę są bardzo oczywiste, mocno prywatne ale też niesamowicie istotne dla mnie. Od zawsze powtarzałem, że chodzi o drogę, o cel, to jak do niego dążymy.. Muszę przyznać że bardzo klarowne staje się z każdym dniem dla mnie to, co chcę osiągnąć, do czego chcę dojść. I o tym, że fotografia i capoeira to faktycznie pasje które kierują moim życiem jest fakt, że mi się nie nudzą. Widzę ogrom pracy przede mną, widzę tę drogę którą już pokonałem. Widzę ludzi którzy przeszli ją do przodu i kim są teraz. Zdaję sobie sprawę, że kiedyś, mocno o to walcząc, też to osiągnę, po to żeby iść dalej – i cieszy mnie to. Napawa mnie to ogromną radością, energią i zajawką. Ciężka praca, wylany pot, napisane słowa, zapamiętane sytuacje – to wszystko co jest jeszcze przede mną, stanowi dreszcz emocji, radość, podniecenie i chęć rozwoju. Nie frustruje mnie to, że nie daję sobie rady na treningu albo zdjęcia mi nie wychodzą. Inaczej – napędza mnie to jeszcze bardziej, wjazd na ambicję, prowokacja do działania, radość życia. Ten wyjazd pozwolił mi zrozumieć, jak dużo pracy przede mną i tak jak każdy kolejny/poprzedni uświadamia mnie w pewności, że chcę to robić dalej. Bardzo kocham życie, całym sobą się go trzymam i tego co ze sobą niesie. Mimo, że nie zawsze jest pozytywnie, mimo, że nie zawsze jest dobrze i bezproblemowo – chcę żyć dalej tak, jak żyję teraz. Chcę robić dalej to, co robię teraz. Chcę się rozwijać w tym, jak rozwijam się teraz. I każdemu życzę wyklarowania pasji, zajawki bo to przecudnie nadaje kolorów każdemu z dni :) Jeszcze jeden wniosek odnośnie mojej Capoeira – ostatnio gra mi się bardzo dobrze, luźno, ze spokojem, bez napinki. Odczuwam zmianę w sposobie mojego jogo, przywiązania do rytuału i tradycji w Capoeira, rozumowania i sposobu myślenia. Bardzo cieszy mnie ta przemiana, bardzo cieszy mnie kierunek w którym idzie – chociaż nie zawsze jest super, lekko i bezproblemowo, chociaż często zbieram i popełniam błędy, to motor do rozwoju i ich wyłapywania, pracy nad sobą. Czuję efekty ciężkiej pracy ostatnich miesięcy, widzę je w samym sobie i bezpardonowo czuję dumę. Nie chodzi o to żeby podnieść brodę, osiąść na laurach – nie, jeszcze setki o ile nie tysiące godzin przede mną w Capoeira, trzeba cisnąć jeszcze mocniej i jeszcze konkretniej, z jeszcze większą świadomością. Ale cieszy mnie to, że nie tylko ja dostrzegam wymierne wyniki trenowania i analizowania treningów.

Jeszcze raz wielkie dzięki dla ludzi którzy spędzili ze mną ten ostatni tydzień – za rozmowy, za spotkania, za gry, za zdjęcia, za radość. I przede wszystkim wielkie dzięki Tobie Patryk, jesteś moim bratem i nakręcasz mnie do życia, tak jak ja chciałbym nakręcać Ciebie, dawać Ci energię i inspirację. Damy radę, bo kto jak nie my?

Woda Góry Las.

Piątek, mam strasznie spuchniętą głowę.

Nie jestem do końca pewny czy to kwestia regeneracji po wakacyjnym weekendzie, czy zbawienny wpływ pseudo-wiosennej pogody za oknem. Tak czy inaczej pulsuje mi pod czaszką ból, wpływając na humor i samopoczucie. Niesamowicie krótki był ten tydzień.. okrutnie szybko zleciał czas. No i nie należał do najlepszych muszę przyznać.

Odczuwam niesamowitą potrzebę robienia zdjęć. Ale nie pierdołowatych, nie od niechcenia, nie ot-tak. Konkret. Z tym, że od zbawiennej niewypałowej sesji z Zuzą nie mogę się w sobie zebrać.. oglądanie prac i szukanie inspiracji powoduje tylko wbicie w fotel, maluczkość przytłaczająca zaiste. Średni leży rozjebany i co gorsza pewnie długo tak poleży, zostaje mi Nikoś. Wraca pomału zajawka na studyjne zdjęcia, muszę też przyznać, że mega nakręciła mnie sesja Michała Mąsiora dla Lonuge’a. Świetny backstage.

Wypracowanie techniki, zbudowanie sobie możliwości, praca z konkretnym zespołem w celu uzyskania konkretnego efektu. Prześladuje mnie ideologiczna amatorszczyzna i niedoskonałość, braki w wiedzy, nieumiejętne prowadzenie projektu. Co będzie w październiku? Motywacjo, przybywaj! Najwyższa pora ruszyć dupę, obiecywałem sobie że z pomocą „Złotego Popołudnia” i „The Game” wrócę do aktywnego działania. A tu JEB kiev rozjebany, a ja znowu zacząłem się lenić. Wrrr.

Pod względem Capoeira mistrzunio zajawa :) Ostatnio kilka świetnych treningów z Torpedo, zacząłem próbować nowych rzeczy.. muszę zobaczyć się z Patolem i przegadać temat. Ten i kilka innych. Stęskniłem się za bratem, mam wyrzuty sumienia. Co więcej w najbliższy wtorek Roda w Lesznie, czwartek Roda we Wrocławiu, piątek, sobota i niedziela Krosno. Potem 3 treningi w Poznaniu i wielkanocna podróż do Białej – a tam się szykuje konkret Roda też, zajdą się wszyscy i sobie solidnie pogramy. Zwariowałbym gdyby nie ta Capoeira – Mielno zbliża się wielkimi krokami! Katowice i egzamin również.. Wracając do kwestii zajawki i tego tygodnia miałem nawet trochę gości :) High5 dla Was, zdaję sobie sprawę z konspiry więc nazwiskami nie będą rzucać :D Ale miło, miło.

Trzeba się ruszyć, trzeba coś zrobić… w końcu wiosna przyszła :)
Casualowe ilustracje załaduję po powrocie do domu. Zapomniałem kabla do Exilima ;x





Rabbo de arraia


Naprawdę dobry trening.
Motywujący niesamowicie, od początku klepania techniki, aż po samo zastosowanie w praktyce. No i były dwie życiówki dzisiaj, trzeba zapamiętać sytuacje, uwzględnić na potem, wyciągnąć wnioski.

Na bardzo wiele rzeczy trzeba zwracać uwagę. Cały czas pamiętać, męczyć to aż wejdzie w krew, z automatu. Garda, balans, technika najprostszych kopnięć, obserwacja, kontrola, równowaga. Jak tu uczyć się czegoś nowego, skoro jest tak dużo rzeczy totalnie podstawowych nad którymi trzeba pracować? Codziennie powtarzaj podstawy.

Jeszcze jeden ważny wniosek, który muszę uwzględnić na zawsze. Na każdego uważaj tak jak na Cachorro i nigdy nikogo nie lekceważ – tak jak nie wolno lekceważyć Cachorro. Fajnie było się trochę poklepać dziś :) Axe!

Wciąż nie wiem czego szukam. Ważne, że po raz kolejny po treningu zdjąłem z siebie mokrą szmatę zamiast koszulki i odczuwam z tego powodu satysfakcję, chorą przyjemność, daję z siebie tyle ile mogę, plus czasami jeszcze trochę.
Dla siebie.