
Zajechaliśmy na miejsce o 7:30 rano, zjedliśmy śniadanie na Goleniowskim rynku, potem czekaliśmy na przyjazd chłopaków z Koszalina. Kiedy Ci się pojawili, próbowaliśmy dodzwonić się do organizatora imprezy, jak się okazało „wybrany numer nie istnieje” – powiedział nam później, że jeden telefon wyrzucił. No bo po co mu dwa.
Przespaliśmy się na ławkach przed pkp godzinkę, przyjechali po nas Marek i Ania z Krzyku. Po zamotanej i pokręconej podróży okolicznymi wioskami, dotarliśmy na miejsce, do Ośrodka Poszukiwań Twórczych – klimat tego miejsca był nie do wyjebania: stodoła z siedzeniami teatralnymi i sceną, chlew zaadaptowany na kuchnię gospodarczą, jadalnię bankietową i pokoje mieszkalne (tam spaliśmy). Do wioski kilka kilometrów lasem i piachem. Obok oczko wodne w którym bez problemu można było się kąpać, króliki w klatkach i ognisko z zajebiście wielkim rusztem.. Wieś pełną gębą – Romaszki się przypomniały. Jestem pewien, że w Strzelewie moi rodzice zakochaliby się momentalnie.
Generalnie cały wyjazd sprowadził się do naprzemiennego spania, jedzenia (mieliśmy go tyle, ile daliśmy radę zjeść – pełne domowe obiady + w dniu imprezy pieczony dzik) i trenowania. Z Patolem i Koszalinem pograliśmy i pośpiewaliśmy trochę, podczas samego festiwalu pracowaliśmy z dzieciakami. Huczna roda kończąca. Zimne dranie. Zostaliśmy dzień dłużej, bo Krzyk grał „Eksplorację”. Jak zwykle totalna masakra. Nie mogę doczekać się ich we Wrocławiu – na tryliard procent pozamiatają energią.
Specjalny akapit poświęcę naszemu powrotowi. Obudziliśmy się w Sobotę przed południem, wciągnęliśmy śniadanko i czekaliśmy na transport. Koniec końców, okazało się, że jedziemy do Stargardu Szczecińskiego z Hałasami – małżeństwem prowadzącym warsztaty wokalne. Moje marzenie podróży busem z nietypowymi ludźmi innej epoki zostało spełnione: wielki czerwony bus ze słonecznikiem na masce, w środku elementy sceny, cała garderoba, rozwieszone zioła i etniczna muzyka starosłowiańska. Tego nie da się opisać. W pociągu mega wygodnie i mega pusto, poza emerytem który spytał mnie, gdzie na ryby jeździmy. Berimbau niosłem, powiedziałem, że to łuk. Potem emeryt zaczął kaszleć jakby zadławił się czymś nieproporcjonalnym do pojemności gardła, a myśmy popłakali się ze śmiechu. Fucking Unbelievable.
–
Wróciłem, ogarnąłem się i zadzwonił Maniek. Jest jakaś impreza u koleżanki, domóweczka. Wybrać się wypadałoby, posiedzieć chwilkę i pogadać, bo się dawno nie widzieliśmy. Poza tym, przywiózł Holendra. No to jadę.
Pogadaliśmy, wjechał szpinak, JB. Beton. Potem jedziemy na posiadówę, mamy podwózkę do ronda rataje. Tam się okazało, że to impreza urodzinowa, więc szybko do biedry po prezent. Potem się zgubiliśmy. Nie ogarnęliśmy trasy totalnie, pojebaliśmy skrzyżowania, solenizantka olała imprezę i przyszła po nas pieszo. Jejku jej, beton najsłodszy. Przez chwilę bałem się szydery towarzystwa. Do czasu, aż dotarliśmy na miejsce.
Towarzystwo braci Uniwersytetu Ekonomicznego, w składzie mężnych analityków gospodarczo-finansowych, czerstwych żartów sytuacyjnych, zajadające sałatki przygotowane przez Gospodynię. Wjechał Pacman, Maniek opierdolił pół miski sałatki, ja się przyssałem do talarków, sącząc w międzyczasie browar. Szpinak był mocny. Jaraliśmy się totalnie czerstwymi tekstami: „Dużą masz wadę wzorku? Dużą to masz głowę”. Rozjebał mnie ziomeczek, który wyglądał na 17 lat, miał 150cm wzrostu i spojrzenie szczurka, łaskawie poinformował nas, że jest z Warszawy i chodził do najbardziej dresiarskiego liceum na dzielnicy. Tam, jeżeli nie znałeś przynajmniej 5 typów, byłeś nikim. Potem spytał mnie ile mam piw, bo dwa zakrawają na grubszy hardkor. Wytrzymaliśmy do 22. Właściwie to do momentu dykusji o franku szwajcarskim. Myślę, że wiem, w którym momencie zaciera się granica między dzieciństwem i dojrzałością.. pomijając okrutną szyderę z całej tej sytuacji, dała mi masakrycznie dużo do myślenia.
Nigdy więcej. Maniek – następnym razem ja ogarniam imprezę.
–
Siedząc późnym popołudniem w teatralnej stodole, gdzie Krzyk ogarniał się przed występem, zaczęliśmy z Patrykiem dyskusję, którą prowadzimy już od kilku lat, dokładając do niej nowe wnioski. Chodzi o sens i sposób naszego funkcjonowania. Tego, co cały czas się przewija.
Po Mielnie obydwaj obiecywaliśmy sobie, że odpoczniemy, że zluzujemy z wyjazdami, że naładujemy baterie. Jak się okazuje, skutecznie odbieramy sobie sami taką możliwość, na rzecz rozwoju, braku stagnacji. Cały czas w biegu, cały czas w rozjazdach, cały czas na patencie. Kiedy obserwowałem wczorajsze towarzystwo, przysłuchiwałem się dyskusji dotyczącej finansów, gospodarki i tego jak odłożyć pieniądze, żeby pojechać na narty za granicę, poczułem się strasznie przytłoczony rzeczywistością. Z jednej strony, nasze dyskusje o fotografii, projektowaniu i kreatywności, zajawkach czy sztuce, niektórzy mogą odbierać podobnie. Z drugiej jednak strony, to przytłaczająca pogoń za hajsem, powielanie błędów i priorytetów zgorzkniałych ludzi sukcesu, brak pasji a jedynie chłodna kalkulacja – to są rzeczy które różnią nas, od innych. W ich opinii wciąż jesteśmy niedojrzałymi dziećmi, w naszej oni są przedwcześnie zestarzałymi zgredami. Czy fakt, że śpię na karimacie i podróżuję rozklekotanym busem w towarzystwie szalonych artystów, zamiast spania w ciepłym hotelowym łóżku i podróżowania samolotami, taryfami, czyni moje podróże gorszymi? To pytanie retoryczne. Chciałbym podróżować i fotografować – to kwestia czasu. Chciałbym trenować w Brazylii – to kwestia czasu. Chciałbym wyjść na prostą i wydać książkę – to kwestia czasu. Moje marzenia, plany, przyszłość – wszystko jest kwestią czasu, nic nie skreślam i z niczego nie rezygnuję. To czy osiągnę to dzięki ciężkiej pracy, czy będzie mi wygodnie, czy może będę wściekły albo zmęczony nieustanną pogonią za rozwojem, to sprawy drugorzędne. Podobnie jak to, kiedy to osiągnę.
Cały sens wpisu sprowadza się do małego apelu: kolekcjonujcie wrażenia, wspomnienia, doświadczenia. Kolekcjonujcie emocje i nie pozwalajcie im zatrzeć się w pamięci. I nie zestarzejcie się zbyt wcześnie. Nie musi być łatwo, żeby było dobrze.
Mam problemy, ludzie znajdują na mojej głowie białe włosy, przeprowadzam się, brakuje mi kasy, zaczynam po raz kolejny studia, wciąż jestem singlem i nie mam nikogo poza Bratem. Ale mimo to, w ostatecznym rozrachunku jestem szczęśliwy, to problemy które przewijają się od dawna i będą przewijać się zawsze. Bez względu na nie, mam siłę żeby pracować, trenować i fotografować. Tych rzeczy nikt nie może mi odebrać i to one są źródłem energii, za którą nas podziwiacie. Może teraz nie jest zajebiście łatwo, albo miło, ale staram się.
Zawsze wychodzimy na prostą.
Za tydzień przeprowadzka i Wrocław. Potem dużo pracy, trochę zdjęć i Październik.